Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Poniedziałek, 19 Listopad 2018 - 323 dzień w roku - godz.08:58:35 Tydzień: 47
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 2003  Miesiąc:  3 10  
Marzec 2003
Nasz Kościół nr 162 z dnia 23.03.2003  
Nasz Kościół
Wydanie INTERNETOWE


Nr 11
(162)

23.03.2003
III Niedziela Wielkiego Postu
Informacje

Przeżywamy kolejną, już czwartą wizytację kanoniczną parafii. 65-ciu młodych członków naszej parafii otrzyma z rąk ks. Biskupa Władysława Bobowskiego sakrament Bierzmowania. Ten sakrament, jako sakrament dojrzałości duchowej daje szczególną siłę do wytrwania w powołaniu chrześcijańskim. I będą świadkami...

Obecność ks. Biskupa Władysława od samego początku mocno związana jest z naszą parafią. W czasie pierwszej wizytacji kanonicznej 11 - 13 czerwca 1977 roku, w jakże innych warunkach, ks. Biskup Władysław Bobowski spotykał się z wszystkimi grupami parafialnymi w prywatnych domach, bo nie było jeszcze plebanii. W prywatnych domach mieszkali pracujący tu księża. Nabożeństwa odprawiały się w kaplicy - kościółku.

Z okazji wizytacji została odprawiona msza św. za pomordowanych w czasie II wojny w obozie Pustków. W koncelebrze byli, jeszcze żyjący więźniowie tego obozu; ks. Dziekan Kazimierz Zając z Radomyśla, ks. Antoni z Niwisk, ks Antoni Przeklasa z Pustyni.

Na zakończenie wizytacji ks. Biskup ogłosił jakże ważną dla "wikarii parafialnej" w Pustkowie Osiedlu wiadomość; o wydaniu przez Wojewodę Tarnowskiego zezwolenia na budowę plebani.

Druga wizytacja kanoniczna miała miejsce 17 - 18 października 1987 roku. Przeprowadził ją ks. Bp. Piotr Bednarczyk. Trwała wtedy już budowa nowego kościoła.

Trzy miesiące wcześniej miała miejsce w parafii długo oczekiwana, pierwsza uroczystość prymicyjna ks. Marka Mikołajczaka.

26 - 27 marca 1994 roku odbyła się trzecia wizytacja kanoniczna w naszej parafii. Przeprowadził ją wtedy ks. Bp Józef Gucwa. Wszystkie nabożeństwa i spotkania odbywały się już w nowym kościele.

A pomiędzy tymi kolejnymi wizytacjami trwała wytężona praca. Budowa plebani, kościoła, a nade wszystko nieustanne budowanie kościoła duchowego.

Ks. Biskup Władysław Bobowski był z nami jeszcze w bardzo wielu, jakże ważnych momentach dla parafii.

16 października 1983 roku - w Jubileuszowym Roku Odkupienia, wmurowywał kamień węgielny w nowym kościele.

17 czerwca 1996 roku poświęcił i wprowadził do naszego kościoła Figurę Matki Bożej Fatimskiej.

Za tę wieloletnią posługę biskupią dziękujemy z całego serca, a przede wszystkim, za życzliwość i budujące świadectwo prawdziwej wiary.

Przy tej okazji nie sposób pominąć osoby pierwszego kapłana naszej parafii, ks. Proboszcza, Prałata Bronisława Marczyka. Dzieło jego 33 letniej pracy duszpasterskiej w naszej parafii jest wielkie i takie już pozostanie w pamięci naszej i nowych pokoleń. Dziękując Bogu za Jego obecność wśród nas, przez te wszystkie lata - radości, smutku, nadziei - dziękujemy za serce, którym nas obdarowywał i przykład żywej i oddanej służby Chrystusowi.

Bóg zapłać !

Naszą wdzięczność wyrażamy także wszystkim kapłanom, którzy pracowali i pracują w naszej parafii. Dziękujemy za to, że byliście i jesteście z nami.

W dniach 6 - 9 kwietnia odbędą rekolekcje wielkopostne. Prowadzić je będą ks. Sercanie.

W okresie wielkiego postu i w okresie przedświątecznym pamiętamy o tych, którzy bardzo liczą na naszą pomoc; o chorych, podeszłych w wieku rodzicach i o wszystkich, których dotknęły problemy życiowe.

Nasz czas - jak go wykorzystaliśmy ?

Dokładnie 10 lat temu 21 marca, w czwartą niedzielę wielkiego postu ukazał się pierwszy numer gazetki "Nasz Kościół". Przez pierwsze lata, praktycznie do końca 1999 roku "Nasz Kościół" ukazywał się regularnie co 2 lub 3 tygodnie. Rejestrowaliśmy wszystkie ważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w naszej parafii i w najbliższym otoczeniu. Pisaliśmy także o sprawach bolesnych i trudnych, wyrażaliśmy radość z przeżywania wspólnie świętowanych uroczystości jak poświęcenie i wprowadzenie Figury Matki Bożej Fatimskiej do naszej parafii, Nawiedzenie parafii przez Matkę Bożą w Jasnogórskim Obrazie i wielu innych dostarczających tylu wzruszeń.

Czas płynie nieubłaganie. Staje się coraz trudniejszy dla wszystkich, zarówno dla borykających się z kłopotami finansowymi, brakiem pracy jak i dla pozostałych, którzy pracują, ale nęka ich niepewność jutra i ogromne tempo życia, które niewiele czasu pozostawia na pracę społeczną. Sądzimy, że to właśnie stało się powodem coraz rzadszego ukazywania się naszego informatora. Wiele osób związanych z naszym pisemkiem z powodów osobistych nie może uczestniczyć w redagowaniu "NK" bo przebywa za granicą, studiuje w innych miastach lub zwyczajnie jest przytłoczonych nadmiarem obowiązków.

Cieszymy się jednak z tego co mogliśmy wspólnie przekazać innym. Dlatego dziękujemy z całego serca; pani Marii Wilczkiewicz za jej wrażliwość na potrzeby ludzi słabych, borykających się z problemami, pani Rysi Jaźwieckiej za jej miłość do ukochanego miasta Lwowa, którą nas zarażała, wspominając pięknym językiem historię swojego dzieciństwa i młodości oraz bogatą historię Lwowa. Dziękujemy młodzieży z grup apostolskich, która dzisiaj przebywa już poza parafią: Agnieszce Goliszewskiej, Stanisławowi Kłysiowi, Karolinie Bochenek, Tomaszowi Pierogowi, Katarzynie Uzar i wielu innym, którzy ubogacali nasze pisemko świeżym porywem młodości. Dziękujemy panu Januszowi Kusztelakowi, pani Zofii Kłyś, pani Elżbiecie Piłat i pani Zofii Zołotar za informacje dotyczące pracy Caritas, Rady Parafialnej. Nade wszystko składamy serdeczne Bóg zapłać ks. Prałatowi Bronisławowi Marczykowi, który dzielił się z nami swoimi doświadczeniami i okazał wiele cierpliwości i zaufania naszym poczynaniom. Składamy także gorące podziękowania za reportaże o pracy na misjach, szczególnie siostrze Kamilii - Danucie Wolskiej, a także Stanisławowi Michna i Pawłowi Kudroniowi za wędrówki po historii.

Staraliśmy się wszyscy na miarę naszych umiejętności, możliwości czasowych i finansowych przynajmniej w części przedstawić to, co w naszej wspólnocie dobrego, szlachetnego i budującego.

Redakcja

Jak rodzą się przyjaźnie.

Kiedyś przed laty towarzyszyłam mimo woli niezwykłym spotkaniom. W charakterze osoby pomagającej nawiązać kontakt językowy przeżywałam wzruszenia, o których długo się pamięta.

Był rok 1986. Po okresie stanu wojennego i zrywu solidarnościowego Polacy przeżywali trudny czas budowania od podstaw zdrowych zasad gospodarki. W sklepach brakowało wszystkiego. Dzieci tęskniły za słodyczami, rodzice cieszyli się, gdy mogli kupić dla nich owoce południowe. Wtedy właśnie społeczeństwa państw zachodnich starały się nam pomóc. Jedna z organizacji charytatywnych w Niemczech nawiązała kontakt poprzez nasze gminy z rodzinami ubogimi i sfinansowała dla dzieci z tych rodzin pobyt wakacyjny w Niemczech, u swoich rodzin, które zgłosiły chęć goszczenia dzieci. Potem nawiązały się przyjaźnie, które trwały latami, a niektóre trwają być może do dzisiaj.

Utkwiła mi szczególnie w pamięci rozmowa z rodziną z zachodnich Niemiec z małej miejscowości Ottweiler; z Marianną i Fritzem Schank, którzy po 2 latach od pobytu dzieci moich znajomych przyjechali do Polski. Zapytałam wtedy panią Mariannę co skłoniło ją do pomocy naszym dzieciom. Ze łzami w oczach opowiedziała mi taką historię. "Gdy byłam mała, była wojna. Moja mama ze mną i małym braciszkiem pozostała na dużym gospodarstwie sama bez męża, bo ten musiał iść na wojnę. Ówczesne władze niemieckie przydzieliły jej do pomocy w gospodarstwie młodą polską dziewczynę. Miała ona około 16 lat. Wieczorami po ciężkiej pracy w polu płakała do poduszki. Tęskniła na pewno bardzo za najbliższymi, za swoimi rodzinnymi polami i ojczystym niebem. Ten obraz utkwił mi w pamięci na całe życie. Mój ojciec nie wrócił z wojny, zginął gdzieś daleko w Rosji. Cierpieliśmy z mamą biedę. Było biednie, ale jakoś wyrośliśmy z bratem. Założyłam własną rodzinę. Cały czas myślałam jak odwdzięczyć się za pomoc tamtej młodej polskiej dziewczyny. Gdy nadarzyła się okazja byłam szczęśliwa, że mogę pomóc"

Pomagała bardzo. Organizowała zbiórki w swoim otoczeniu na zakup sprzętu rehabilitacyjnego dla niepełnosprawnej dziewczynki, którą gościła u siebie. Pomagała także innym. Na każde święta przysyłała paczki z odzieżą i własnoręcznie upieczonym ciastem. Znajomi rewanżowali się białym opłatkiem, które my w polskich rodzinach z takim pietyzmem dzielimy między sobą w wigilijny wieczór. Oni nie znali tego zwyczaju, ale cieszyli się bardzo, że chcemy także z nimi dzielić ten biały chleb. Myślę, że te kontakty wiele zmieniły w życiu ludzi w nich uczestniczących. Nasze dzieci, którym wtedy w szkołach przedstawiano Niemców jako zbrodniarzy, poznały także innych Niemców, ludzi, życzliwych i współczujących. Dziś te dzieci, to już dorośli młodzi ludzie. Obserwując ich otwartość na innych myślę o tamtych spotkaniach. Całe szczęście, że zmieniły się czasy, że możemy się bez ograniczeń kontaktować z innymi, poznawać ich problemy i jeśli możliwe pomagać.

Dzieci z Ukrainy w Pustkowie.

Gdy usłyszałam, że Pani Dyrektor Elżbieta Szuty zaprosiła grupę dzieci z Ukrainy w czasie ferii zimowych do Pustkowa Osiedla pomyślałam, że to zaproszenie, to niezwykła lekcja jakiej mogą udzielić pedagodzy swoim wychowankom i nie tylko im.

Na apel Pani dyrektor i nauczycieli o pomoc w zorganizowaniu pobytu dzieci ludzie chętnie przynosili do szkoły śpiwory, pościel, aby dzieci mogły przenocować w godziwych warunkach. Do pomocy włączyły się władze gminy Dębica, parafia z księdzem Prałatem Bronisławem Marczykiem i parafialny oddział Caritas, który wspierał także ten pobyt finansowo, a wolontariusze Caritas dyżurowali przy wydawaniu posiłków. Nauczyciele zorganizowali pobyt dzieci tak, aby miały możliwość przebywania ze swoimi rówieśnikami i w urozmaicony sposób spędzać czas.

Z relacji nauczycieli i dzieci, a także tych, którzy mieli z nimi kontakt wynika, że dla wszystkich były to wspaniałe przeżycia.

Dzieci spędziły w Pustkowie Osiedlu kilka dni. Nocowały w małej szkole, dawnym przedszkolu. Grupa ze Złoczowa z Ukrainy liczyła 70 osób; dzieci w wieku 7 do 19 lat wraz z opiekunami, a wśród nich dwie siostry ze Zgromadzenia Sióstr Sercanek.

Kontakt ze Złoczowem został nawiązany poprzez siostrę Julitę, byłą uczennicę szkoły w Pustkowie Osiedlu i siostrę Zofię, która od kilku lat pracowała na Ukrainie. Zaczęło się od korespondencji dziewczynek z grupy misyjnej, przekazywania drobnych upominków, słodyczy z okazji świąt i przy okazji wyjazdów Sióstr Sercanek z Krakowa na Ukrainę.

W sierpniu ubiegłego roku siostra Zofia ze swoimi podopiecznymi i parafianami ze Złoczowa przyjechała do Polski, do Krakowa by się spotkać tutaj z Janem Pawłem II, w czasie jego pielgrzymki do ziemi ojczystej. Wracając z Krakowa goście z Ukrainy zatrzymali się na krótki odpoczynek w naszej parafii. Wtedy to powstał pomysł spotkania i zaproszenia do Pustkowa.

Jak przekazała siostra Zofia, ze Złoczowem związana jest pewna historia. Ponoć jeden z polskich duchownych uratował życie rosyjskiemu oficerowi i dzięki temu przez lata komunizmu czynny był kościół w Złoczowie i odprawiały się w nim msze św. po polsku.

Wszystkie dzieci, które przyjechały do nas mają polskie korzenie. Mówią i śpiewają po polsku. Łatwo nawiązały kontakty z rówieśnikami z Pustkowa.

Przyjechały do Pustkowa z koncertem kolęd i pastorałek, wystawiły jasełka w kościele i w szkole, spotkały się z dziećmi z przedszkola. Ci, którzy oglądali występy młodych Złoczowian byli pełni podziwu dla ich talentu i staranności przygotowania wystawianego programu. Dzieci były także na zaproszenie Sióstr Sercanek w Krakowie. Wróciły zachwycone starym, pięknym polskim grodem.

Życie tamtych dzieci tak bardzo różni się od dzieciństwa naszych dzieci. One wszystko co łączy ich z ojczystym krajem zdobywają wielkim wysiłkiem. Uczą się języka polskiego na zajęciach w szkole sobotniej. Nieraz muszą pokonać w kilkunastostopniowym mrozie po kilka kilometrów, żeby wziąć udział w lekcji. "U nas wszystko jest inaczej" - mówiły dzieci i cieszyły się, że tu w Polsce wszyscy dla nich tacy mili.

Dla naszych dzieci to też doświadczenie; czegoś innego i pięknego.

Szkoła chce utrzymywać kontakty zagraniczne - mówi jej dyrektorka Pani Elżbieta Szuty - mamy kontakty ze Szwecją, Norwegią, teraz chcemy nawiązać współpracę z naszymi sąsiadami. Są to wspaniałe dzieci, od nich możemy się wiele nauczyć, ich miłości, spontaniczności, dobroci.

I tylko cieszyć się wypada, że nie żyjemy w odosobnieniu tylko własnych spraw, że jesteśmy otwarci na potrzeby innych.

O ile łatwiej żyć, w tych trudnych czasach. Gdy myślę skąd w nas wrażliwość na potrzeby innych to widzę Papieża Polaka pochylającego się nad chorymi, spragnionymi sprawiedliwości, dziećmi różnych ras i narodów. Widzę staruszka Księdza z mojej rodzinnej parafii przed kilkudziesięciu laty, zabierającego zimą dzieci po mszy świętej na ciepły posiłek, przed kilku kilometrowym powrotem do domu.

Widzę zatroskanie księdza Proboszcza naszej parafii o zdrowe moralnie rodziny, o otwarte na potrzeby innych serca. I tylu ludzi wokół nas, którym los człowieka nie jest obojętny.

Marta

Historia mniej znana ...

Wiele już pisaliśmy o historii naszej parafii. Została wydana książka z okazji 25 lecia parafii, ale dopiero w ostatnich dniach dotarłam do materiałów; oryginalnych notatek i protokołów z lat 1947 - 1948, kiedy to po wojnie, po uruchomieniu na nowo produkcji w wytwórni chemicznej "Lignoza S.A", dyrektor Mieczysław Grochowski zapragnął by na kolonii fabrycznej jej mieszkańcy mogli korzystać z posługi kapłanów w kaplicy, wybudowanej przed wojną. Przeglądaliśmy te historyczne dokumenty z wielkim wzruszeniem i podziwem dla ludzi, którzy w powojennych trudnych czasach organizowali wspólnotę skupioną wokół wybudowanego przed wojną kościółka.

21 lutego 2003 roku, Podkarpacki Wojewódzki Konserwator Zabytków z siedzibą w Przemyślu w wyniku postępowania administracyjnego wydał decyzję w sprawie wpisania naszego starego kościółka jako dobra kultury do rejestru zabytków, uzasadniając, że obiekt ten dokumentuje ważny etap historii II Rzeczypospolitej i jako taki powinien zostać objęty prawną ochroną konserwatorską. Obiekt otrzymał nr A - 71.

Warto więc choćby z tej okazji powrócić do dokumentów.

Dokumenty:
30.09.1947 rok - "Lignoza" S.A. Wytwórnia Pustków pod Zarządem Państwowym  
                  
		"Podaje się do wiadomości pracownikom, że wobec planowanej
		Konsekracji Kaplicy Fabrycznej w dniu 26-go października r.b.,
		odbędzie się Zebranie zainteresowanych pracowników i ich rodzin
		na kolonii fabrycznej w dniu 1-go października o godz. 18-tej
		w Przedszkolu, celem wybrania Komitetu Urządzenia Kaplicy."

					Podpisany
  					Mieczysław Grochowski

2.10.1947 roku w budynku Przedszkola odbyło się zebranie zainteresowanych.

Dyrektor Grochowski przedstawił pokrótce cel zebrania zaznajamiając obecnych z pracami, które są w toku w związku z wykańczaniem kościółka, ponieważ konsekracja odbędzie się w dniu 26.10.br w święto "Chrystusa Króla"...

Ołtarz wykonają pracownicy "Lignozy" z cegły...

W ołtarzu będzie figura Matki Bożej Niepokalanie Poczętej... Figurę tę funduje miejscowa "Liga Kobiet" jak również oprawę relikwi i jeden obrus...

Przystąpiono do wyboru Zarządu w skład którego weszli; Mieczysław Grochowski, Jan Sędłak, Stanisław Ignarski, Tadeusz Ogrodnik, Pani Rejmanowa, Henryka Jaźwiecka, Jadwiga Wesołowska, Janina Grochowska, Jan Pociask...

Dyrektor Grochowski przyjął obowiązek załatwiania spraw kościelnych z miejscowym duchowieństwem i księdzem biskupem w Tarnowie...

Uzgodniono, że patronem kościółka zostanie św. Stanisław ponieważ jest on świętym ziemi tarnowskiej...

Uzgodniono sporządzenie listy dobrowolnych składek z kolonii i pobliskich domów.

W ciągu kilkunastu dni wybrany komitet przygotował wszystkie niezbędne sprawy tak, aby 26 pażdziernika mogło się odbyć poświęcenie kaplicy.

Fabryka "Lignoza" odnowiła kościółek, wykonała ołtarz, zakupiła fisharmonię, wieczną lampkę, pulpit, oświetlenie i żarówki,w okresie późniejszym piece koksowe do ogrzewania w okresie zimowym, ławki, szafę do zakrystii, a pracownicy Działu produkcyjnego dwa anioły.

Parafia w Brzeźnicy wypożyczyła; 6 lichtarzy, kropidło, 2 ornaty, kielich, puszkę, mszał, krucyfiks, konfesjonał.

Liga Kobiet zakupiła Figurę Matki Boskiej (znajduje się aktualnie w dolnym kościele, w sali młodzieżowej.) i obraz św. Stanisława.

Mieszkańcy kolonii zakupili żyrandol, lichtarze, wizerunek Pana Jezusa, wykonali obicie tabernakulum.

Oni też wraz komitetem zajęli się przygotowaniem uroczystości. Oprócz zbiórki wśród załogi wytwórni i mieszkańców kolonii pieniądze na potrzeby kaplicy pozyskano organizując zabawę dochodową na terenie wytwórni.

W dniu 26 października 1947 roku odbyło się uroczyste poświęcenie Kaplicy Fabrycznej pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa.

Program uroczystości był następujący:

  1. Godz. 1000 Zjazd Gości i Parafian przed bramą powitalną na Kolonii Fabrycznej,
  2. Godz. 1030 Powitanie Ks. Biskupa przez Dyrekcję Fabryki,
  3. Wejście do kaplicy i powitanie Księdza Proboszcza,
  4. Poświęcenie Kaplicy,
  5. Msza Pontyfikalna z kazaniem Ks. Dziekana A.Rejowskiego,
  6. Procesja dookoła Kaplicy z "Te Deum",
  7. Hymn Kościelny i Narodowy,
  8. Loteria fantowa na urządzenie Kaplicy.

Uroczystość jeszcze bardziej zmobilizowała mieszkańców kolonii.

Komitet Kościelny spotykał się bardzo często i ustalał nowe zadania dla siebie i zainteresowanych rozwojem życia parafialnego wokół kaplicy fabrycznej.

Z protokołów, z zebrań komitetu dowiadujemy się, że:

Niewielu z tych pierwszych organizatorów życia religijnego na naszym terenie jeszcze żyje. Odszedł z Pustkowa, w czasie propagandy antyreligijnej, z bólem żegnany Dyr. Mieczysław Grochowski. Zmarł w Warszawie. Odeszli do wieczności także ofiarodawcy; mieszkańcy kolonii i wytwórni.

Wszystkim tym ludziom jesteśmy winni wdzięczność i modlitwę.

(um)

Ach te wspomnienia - po wojnie ...

Był lipiec 1945 roku. Wojna się skończyła, zostaliśmy "wyzwoleni". Dziadkowie już nie żyli; nie ma powrotu; rodzinny Lwów wraz z własnym domem i całym dobytkiem pozostał - jak w piosence - "za kurtyną", której nikt nie chciał, czy nie mógł podnieść, nie było dokąd wracać.

Nie byłyśmy w tym osamotnione; tysiące ludzi porozpraszani po całym świecie, do dziś nie mogą się pozbierać.

Aby żyć trzeba niestety zarabiać; znaleźć pracę, za którą dostawało się pieniądze; niektórzy wprawdzie mówią, że pieniądze szczęścia nie dają, ale są niestety potrzebne.

W Ropczycach, miasteczku, jak wówczas określałyśmy to dzisiejsze miasto, władze przystąpiły do otwarcia na rok szkolny 1945/46 trzech średnich szkół: gimnazjum i liceum ogólnokształcącego, szkoły mechanicznej i ogrodniczej. Jak na to niewielkie w zasadzie skupisko ludzi, ilość i różnorodność szkół była imponująca.

Dzięki jakimś tam znajomościom udało mi się znaleźć pracę w szkole ogrodniczej jako sekretarka i pisząca biegle na maszynie. Miałam przecież półtoraroczną praktykę pracując w zarządzie obozu ćwiczeń SS w Pustkowie i pisząc nie tylko po polsku, ale i bezbłędnie w języku niemieckim.

Jakże byłyśmy głupie, przed wojną gdy w czasie naprężonych już stosunków między Polską a Niemcami, specjalnie bojkotowałyśmy naukę tego języka i jakże tego żałowało się poniewczasie; " gdyby to człowiek był prorokiem...". Mimo to weszło do głowy coś niecoś i w przyszłości się przydało, dzięki naszej pani profesor "od niemieckiego" w lwowskim gimnazjum.

Po tej dygresji powracam do wspomnień już powojennych. Było nas, jak to nazywam "pięć jedynaczek". Określenie to zapożyczyłam z pewnej sztuki teatralnej pt "Posażna jedynaczka" (autora nie pamiętam), w której występowało kilka sióstr, a czy były posażne? " - o tym świadczyła treść tej komedyjki.

Sztuczkę tę już nieco później odegraliśmy na "scenie" naszej zakładowej świetlicy przy pełnej sali z wielkim powodzeniem. Robiło się co nieco nikt nie pytał za ile? Bo i nikt nie płacił - nazywało się to pracą społeczną.

Czasy się zmieniły, już starożytni Rzymianie mówili: "pecunia non olet" czyli "pieniądze nie śmierdzą", dlatego dziś mamy, to co mamy: jedni mają ich za dużo, inni mało, a jeszcze inni nie mają ich wcale.

I znowu powracam do wspomnień i do tych tzw. "jedynaczek". Dwie z nich były zamężne i o utrzymanie rodzin miał się kto starać, średnia - z ukończonym w czasie okupacji liceum pedagogicznym we Lwowie, pracowała zgodnie z wyuczonym zawodem, w szkole podstawowej w Pustkowie Wsi. Zwana przez uczniów "panią Zosią - koteczek" ( jakże ładne i rzadkie "przezwisko") nadane przez uczniowską społeczność ze względu na urodę, piękny głos, słuch tzw absolutny, poza tym zdolności aktorsko-reżyserskie. Potrafiła z pomocą, zwłaszcza starszych klas, w warunkach wprost prymitywnych (brak elektryczności, wody, w pomieszczeniach dawnej gorzelni) urządzać przedstawienia (oparte na znanych bajkach) z błyskawicami, grzmotami itp efektami świetlno-akustycznymi.

Mama, jak wspominała, podczas tych przedstawień zanosiła modły do niebios, aby przypadkiem nie wybuchł pożar czy inny dopust boży. Na szczęście wszystko odbywało się pomyślnie.

Najmłodsza "jedynaczka" uczęszczała do gimnazjum w Dębicy mieszkając na tzw. stancji w bardzo prymitywnych warunkach można powiedzieć o głodzie i chłodzie.

Ja, pisząca te wspomnienia, otrzymałam pracę w szkole ogrodniczej z noclegiem w internacie tej szkoły. Do Pustkowa dojeżdżałam raz w tygodniu, na niedzielę.

Któregoś dnia w czasie jazdy do Pustkowa zdarzyła mi się przygoda, która mogła różnie się zakończyć.

Był to piękny lipcowy dzień, wesolutko wyjeżdżam z miasta, po lewej stronie góry porośnięte lasami, na które tęsknie spoglądam; szosa urozmaicona; to się pnie w górę, to z góry na dół wiedzie (obecnie droga bardziej wyrównana, nie ma tych dawnych różnic w wysokości), słońce świeci; cieszę się, że jadę do domu, do mamy.

Po drodze "przyczepił się jakiś rowerzysta towarzysząc mi w dość urozmaicony sposób; jako silniejszy i młody człowiek wyjeżdżał z łatwością na górki, prześcigając mnie i dowcipnie machając ręką; natomiast ja miałam przewagę nad nim w zjazdach z góry "na łeb na szyję" z braku sprawnych hamulców.

I tak sobie jedziemy niby razem, a osobno "odwalając" kawał drogi, aż do momentu kiedy pogoda jak to w lecie, zaczęła się nieco pogarszać. Postanowiłam nie dojeżdżać do szosy mieleckiej, a skręcić w prawo w boczną wiejską drogę dość, zresztą, szeroką. Pokiwałam memu towarzyszowi "wdzięcznie" palcem w bucie - miałam sandały na bosych stopach, skręciłam w prawo i jadę zadowolona, ciesząc się, że będę wcześniej w domu.

Gdybym była wiedziała...?

Tymczasem zachmurzyło się zupełnie zaczęło się błyskać, grzmieć, kropić, a wreszcie lać jak z przysłowiowego cebra.

Domów w pobliżu nie ma, gliniasta droga zamieniła się w lepką maź, koła roweru grzęzną coraz bardziej, nie da się jechać. Złażę ja z tego roweru, bo zeskoczyć trudno. Grzęznę po kostki w błocie usiłuję pchać rower, który, jak uparte z przeproszeniem bydlę nie ruszy się; nic tylko siąść (ale na czym) i płakać. Pcham, kawałkami niosę; ciężkie to jak na moje siły; w mokrej sukience z włosami ociekającymi wodą, zabłocona po kolana, wyglądałam jak zmokły strach na wróble.

W stanie godnym pożałowania jakoś dobrnęłam do brzegów Wielopolki, gdzieś w pobliżu młyna pp. Działów. Trzeba się jakoś upodobnić do ludzi, tym bardziej, że deszcz przestał padać. Możliwym dojściem do rzeki schodzę z górki, by siebie i rower "oskrobać" z gliny, szczęśliwa, że "jedną nogą" jestem już w domu, aż tu słyszę z drugiego brzegu wrzask "dawaj maszynu"!.

Zdębiałam - tylko mi włosy nie stanęły dęba, bo były mokre; patrzę - po drugiej stronie w krzakach czai się 2-ch ruskich żołnierzy z wycelowanymi we mnie karabinami i "proszą uprzejmie" aby m im oddała swój rower. Stoję jak ta żona Lota zamieniona w słup soli i czekam co będzie dalej. Nie wiem ilu ich jest, zresztą i tych dwóch - jak na mnie - było za dużo; chcą mi chyba zabrać rower; może mnie mają za kogoś z partyzantki, tak wyglądałam jakbym miesiąc nie wychodziła z lasu. Trzeba tu dodać, że w tych okolicach działała podczas okupacji partyzantka, o czym wspomina jej uczestnik p. E. Kapustka w swojej książce pt. "Partyzancka idzie wiara", a jak wiadomo i po wyzwoleniu partyzanci nie byli przez ówczesne władze pieszczeni, w związku z czym długo jeszcze lasy były ich kryjówką.

Powracam we wspomnieniach o swojej przygodzie: dalej stoję i myślę co będzie - może to jacyś maruderzy, może gdzieś się zawieruszyli po drodze i chcą się szybciej dostać do swoich - myśli latają mi po głowie, a krokiem nie ruszę.

Miałam jednak "szczęście" prawdopodobnie nie spodobał im się mój rower; była to damka, bez bagażnika, zabłocona; może ich ktoś spłoszył, dość, że jak się nagle zjawili, tak i zniknęli w krzakach.

Dziś opisuję przygodę z humorem, ale wtedy wesoło mi nie było.

Dojeżdżałam jeszcze parę tygodni do pracy w szkole ogrodniczej po czym musiałam odejść. Moje miejsce jako sekretarki, zajęła dziewczyna protegowana przez pewną ważną figurę, która "jak wieść niosła" rządziła całym miastem. Z żalem pożegnał mnie cały personel biurowy szkoły ogrodniczej, ale cóż, byłam właściwie w tym mieście kimś obcym, wygnańcem, z zagranicy?

Po raz drugi, już po kilku latach, gdy pracowałam w Zakładach w Pustkowie, "spotkałam się z Ropczycami, gdy razem, z nieżyjącą już siostrą Basią wygrałyśmy mecz o mistrzostwo powiatu w podwójnej grze tenisa stołowego, zwanym przez nas wówczas dźwięczną nazwą "ping - pong", z drużyną żeńską gimnazjum ogólnokształcącego.

Z powodu braku dojazdu wracałyśmy do Pustkowa "per pedes Apostolorum" czyli na piechotę.

Takie to były czasy, a sport - to przyjemność, nie zarobek.

R.J.

P.S.

Przeżyłam jedną wojnę, od następnej niech nas Bóg chroni, skoro ludzie postradali resztki rozumu.

Powrót do strony głównej