Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Niedziela, 23 Wrzesień 2018 - 266 dzień w roku - godz.12:32:55 Tydzień: 38
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 1998  Miesiąc:  1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12  
Marzec 1998
Nasz Kościół nr 120 z dnia 1.03.1998

Pocieszycielka od Jezuitów

O Katedrze Łacińskiej, którą mijałam w swojej wędrówce do szkoły, pisałam w gazetce nr 119/98. By dotrzeć do szkoły trzeba było przejść ulicę Kilińskiego, następnie obok placu św. Ducha, skąd w pewnym czasie zniknął gdzieś bezpowrotnie tzw. odwach, gdzie pełnili wartę polscy żołnierze przy budce pomalowanej w biało czerwone pasy. Wówczas nie interesowało mnie dlaczego tam pełnią wartę i czego strzegą, a dzisiaj - nie ma się kogo zapytać.

Lubiłam plac św. Ducha, nie był duży, ale okolony kasztanami, które zwłaszcza w czasie rozwijania się liści i kwiatostanów wprawiały mnie w nieopisany zachwyt. Lwów był pięknym miastem, ale w maju był jeszcze piękniejszy.

Tuż za placem, a przed moimi oczami, wyrastał szary ogromny gmach kościoła Jezuitów p.w. Piotra i Pawła; stał przy samej ulicy i po paru schodach wprost z chodnika ulicy Rutowskiego wchodziło się poprzez wspaniałe kute w żelazie odrzwia do wnętrza świątyni. Był to kościół garnizonowy; tam też byłam bierzmowana; graniczył z naszą szkołą poprzez podwórze szkolne. Pamiętam: z podwórza widać było w oknach klasztoru przykościelnego ogromne jakieś foliały, zakurzone stare pisma i papiery.

Była to piękna świątynia o wspaniałej XVII wiecznej fasadzie, wzniesiona pod kierownictwem generalnego architekta zakonu OO. Jezuitów Giacomo Briano. We wnętrzu - cudowny obraz Matki Boskiej Pocieszenia. Jest on jedną z pięciu kopii Matki Boskiej Śnieżnej w rzymskim kościele Santa Maria Maggiore, sporządzonych za pontyfikatu papieża Piusa V w XVI wieku, którą generał zakonu Jezuitów ofiarował klasztorowi jezuickiemu w pobliskim Jarosławiu. Stąd został przekazany do lwowskiej świątyni w XVII wieku.

Przed wizerunkiem tym modlili się nie tylko mieszkańcy Lwowa, oddawali cześć polscy władcy, wodzowie i wysocy dostojnicy państwowi. M.in. król Zygmunt Waza w 1621 r. podążający na wojenną wyprawę przeciw Turkom; w roku 1647 król Władysław IV i kanclerz Jerzy Ossoliński; w latach 1649 i 1651 - król Jan Kazimierz w intencji zwycięstw w bitwach z wojskiem turecko-kozackim pod Zbarażem, Zborowem i Beresteczkiem; w roku 1657 - hetman Stefan Czarniecki dziękujący za zwycięstwo nad Szwedami. Także koronowany współrodak lwowian król Jan III Sobieski wielokrotnie szukał pociechy, otuchy i duchowego wsparcia od Matki Boskiej Pocieszenia.
Po zlikwidowaniu w 1773r. zakonu Jezuitów w drodze kasacji józefińskiej, ozdoba obrazu srebrna-pozłacana sukienka, jak też i liczne wota dziękczynne, zostały przez zaborcze władze austriackie zagrabione.

Po ponownym objęciu w 1886 r. świątyni przez restytuowany Zakon Towarzystwa Jezusowego, obraz M.B. Pocieszenia ponownie zaczęły zdobić złote i srebrne wota dziękczynne. Uroczysta koronacja wizerunku dokonana przez lwowskiego arcybiskupa - metropolitę Józefa Bilczewskiego, nastąpiła w dniu 28 maja 1905 r. Matkę Bożą ozdobiono wtedy dużą otwartą koroną tzw. kazimierzowską, a Dzieciątko - mniejszą zamkniętą koroną tzw. zygmuntowską.

Po zakończeniu II wojny światowej obraz został wywieziony do Krakowa i umieszczony w kaplicy Seminarium Duchownego OO Jezuitów, a w 1974 powędrował stamtąd do OO Jezuitów we Wrocławiu, gdzie w 3 lata później został przez ówczesnego arcybiskupa (później kardynała) Henryka Gulbinowicza przeniesiony do kościoła p.w. św. Klemensa Dworzaka, gdzie znajduje się siedziba Duszpasterstwa Ludzi Pracy.

I taka była historia obrazu M.B. Pocieszenia, która dzieląc los wygnanych ze Lwowa mieszkańców, znowu znalazła się wśród swoich we Wrocławiu, w którym skupiła się ogromna część lwowian. Powracając do obecnego Lwowa, to w przylegających do kościoła budynkach i w samym kościele kompletnie zdewastowanym gnije i butwieje od lat duża część tak dla nas cennych zbiorów lwowskiego Ossolineum, niezwróconych - mimo naszych starań - ich prawowitemu właścicielowi - Narodowi Polskiemu.

R.J.

Niecodzienny Jubileusz

W środę, 18 lutego przeżyliśmy niecodzienną uroczystość - Jubileusz 70-tej rocznicy Sakramentu Małżeństwa, członków naszej wspólnoty parafialnej państwa Walerii i Jakuba Konefałów. Uroczystość bardzo skromna, ale jakże wzruszająca. Byliśmy z nimi w ten wieczór w modlitwie i Komunii Św, myśleliśmy o łasce jaka została im dana i o swoich własnych małżeństwach. To był również dla nas znak od Boga, jak wiele może on ofiarować małżonkom, którzy w imię Jego wypełniają swoje przeznaczenie.

Jak wyglądało życie Jubilatów ? Było trudne. Naznaczone jak życie każdego od narodzin, aż po sam kres małymi i większymi krzyżami.

Waleria Konefał z domu Bem urodziła się 14 lutego 1911 roku w Kraczkowej koło Łańcuta. Rodzice jej prowadzili dosyć duże, ok 15 ha gospodarstwo. Ojciec był kowalem. Matka krawcową - zmarła dosyć młodo. Z tego małżeństwa urodziło się pięcioro dzieci. Dwoje z nich zmarło. Ojciec ożenił się po raz drugi. Z drugiego małżeństwa urodziło się siedmioro dzieci, jedno z nich zmarło. Dzieciństwo Walerii upływało na pracy w polu, w gospodarstwie, a szczególnie na opiece nad młodszym rodzeństwem. Była bowiem najstarszą z nich. Szkołę podstawową ukończyła w Kraczkowej, a później jako młoda dziewczyna ukończyła roczny kurs dla gospodyń wiejskich w Albigowej. Wyszła za mąż mając 17 lat.

Jakub Konefał urodził się 6 czerwca 1902 roku w Lipnicy koło Kolbuszowej. Gdy miał 5 lat rodzice jego przeprowadzili się do Woli Rafałowskiej koło Rzeszowa, gdzie zakupili duże gospodarstwo rolne. Miał jednego brata, który w młodym wieku zginął tragicznie. Jakub został jedynym spadkobiercą gospodarstwa rodziców. W wieku 26 lat ożenił się z Walerią.

Państwo Konefałowie wychowali 4-ro dzieci, 2 synów - jeden ma 67 lat - pozostał w gospodarstwie rodziców, drugi 64 lata - ukończył Akademię Ekonomiczną. Dwie córki urodzone po kilkunastu latach - mieszkają i pracują w Pustkowie. Jedna jako stomatolog, druga wraz z mężem prowadzi aptekę. Najtrudniejsze lata w ich życiu to okres II wojny i lata powojenne. W czasie okupacji do ich domu, położonego na skraju wsi, trafiali wszyscy: Niemcy, partyzanci, a potem Rosjanie. Byli też wysiedleni - ok. 20 osób z okolic Lubaczowa i Horyńca. Przez 3 m-ce pod koniec wojny w gospodarstwie był szpital polowy, w którym przebywało ok. 300 rannych. Po tzw. wyzwoleniu, zaczęły się jeszcze gorsze czasy, bo oni jako właściciele dużego gospodarstwa zostali obwołani kułakami czyli "wrogami ludu". Syn z tego powodu został zmuszony do odbycia karnej służby wojskowej w kopalni Mysłowice. Dopiero w latach 70- tych zniesiono obowiązkowe dostawy i zapewniono bezpłatną opiekę lekarską, ale wtedy byli już starszymi ludźmi. Gospodarstwo przekazali starszemu synowi, a sami zamieszkali z młodszą córką Zofią.

Z okazji pięknego jubileuszu - 70 lecia małżeństwa życzymy Państwu Walerii i Jakubowi Konefałom jeszcze wielu, wielu lat w zdrowiu, życzliwości i serdeczności ze strony najbliższych i doczekania następnych jubileuszy. Szczęść Wam Boże !

Nasz Kościół nr 121 z dnia 15.03.1998

O Karmelitach, ale wcześniej o szkole

Moją szkołę im. A. Mickiewicza, do której uczęszczałam 5 lat drogą niezbyt odległą od miejsca zamieszkania, ale ciekawą, mijając świątynie opisane w poprzednich gazetkach, oddzielało od klasztoru Jezuitów, podwórze. Budynek był dwupiętrowy, dość długi by pomieścić 2 szkoły: osobno żeńską, osobno męską, oczywiście pod tym samym mianem. W owych czasach w dużych ośrodkach miejskich nie było koedukacji; tak szkoły powszechne czyli podstawowe, jak i średnie, były osobno dla chłopców, osobno dla dziewcząt.
Dyrektorką naszej szkoły była P. Maria Łapicka, wielka indywidualność; zasłużona w walce o niepodległość Polski i Lwowa, odznaczona orderami, które z okazji świąt państwowych i akademii szkolnych zdobiły jej żakiet. Wysoka, szczupła, energiczna, o rudo-złotych włosach; troskliwa o swoje wychowanki, zwłaszcza o mniej zamożne. Własnoręcznie parzyła herbatę ze śmietanką, którą na długiej przerwie w pokoju konferencyjnym rozlewała do podstawionych przez uczennice kubków.
Drugą nauczycielką, która zapadła mi w pamięć i serce była śliczna, o brzoskwiniowej cerze i aksamitnych czarnych oczach p. Kulczycka- Cepnikowa ucząca nas śpiewu i solfeżu czyli czytania i śpiewu z nut. Na pierwszą z nich patrzyłam z podziwem i szacunkiem, na drugą - z zachwytem.

Lwów - Rynek

Lwów - Rynek

Ulica Kilińskiego, którą przekraczałam rano i po lekcjach była ruchliwa z uwagi na często jadące tramwaje zwłaszcza te, które "miały pod górkę" tj w stronę Rynku. Czyniły one wiele hałasu, zgrzytając i dzwoniąc na niesfornych przechodniów zdążających na Rynek, gdzie można było wszystko kupić, sprzedać i załatwić.
Tramwaje jadąc skrajem Rynku, potem ulicą Ruską, następnie Czarnieckiego, okrążały Wały Gubernatorskie (nazwa utrzymała się od czasów zaborów, gdy w okazałym naprzeciwko Wałów gmachu, urzędował gubernator Galicji; w czasach międzywojennych - wojewoda lwowski), by w dalszym etapie ze zgrzytem i jakby z wysiłkiem pięły się w górę ul. Kurkową mijając po drodze górujący nad Śródmieściem kościół Karmelitów, następnie ulicą Unii Lubelskiej aż pod Wysoki Zamek.
Kościół OO Karmelitów postawiony na wyniosłości, zwanej dawno temu, Górą Goluszowską, stanowił obwarowany zespół kościoła i klasztoru. Zespół karmelitański dla lwowskiego konwentu OO Karmelitów, ufundowany w 1634 r. przez wojewodę bracławskiego księcia Aleksandra Zasławskiego - Ostrogskiego wraz z Aleksandrem Kuropatwą i karmeltą Adamem Pokorowiczem, odpowiednio ufortyfikowany poza murami obronnymi miasta, stanowił fortecę dla stale zagrażanego przez nieprzyjaciół Lwowa. Sam kościół zbudowany został w stylu barokowym wg wzoru rzymskiego kościoła IL Ges'u przez włoskiego architekta Adama Larto i Jana Pokorowicza; z dwiema wieżami przy trójprzęsłowej nawie. Przez ponad dwa stulecia świątynia p.w. Michała Archanioła, w 1871 r. zmieniła wezwanie na Nawiedzenie Najświętszej Marii Panny. W głównym ołtarzu umieszczony był wizerunek Madonny z Dzieciątkiem - kopia obrazu Czarnej Madonny.
Po wojnie wizerunek M.B. Częstochowskiej trafił do kościoła OO Karmeltów na Piasku w Krakowie. Na zewnątrz świątyni, po prawej stronie i w niewielkiej od niej odległości, była wbudowana w mur ogrodzenia kościelnego niewielka otwarta z przodu kapliczka, we wnęce której stał posąg Matki Boskiej, wykuty w białym kamieniu, rozkładającej ręce w geście przyzywania i błogosławienia. Los posągu po wojnie nie został ustalony. Obecnie świątynia tego zakonu została przekazana zakonowi OO Studytów obrządku grecko-katolickiego.
Do świątyni, z uwagi na wysokie jej położenie, prowadzą liczne, a obecnie bardzo już sfatygowane, rozkruszające się schody. Byłam, widziałam i łza się w oku kręci.

R.J

Nasz Kościół nr 122 z dnia 29.03.1998

"Kajzerwald" i kajzerki

Gdy odwiedzało się kościół Karmelitów udając się na Wysoki Zamek, można było wstąpić do kościółka św. Wojciecha usytuowanego przy ulicy swego patrona w najbardziej malowniczym zakątku Lwowa. Był jakby przytulony do zbocza tzw. Kajzerwaldu.
Niewiele pamiętam i ten kościółek i ulicę, i nasz własny dom przy tejże ulicy; mieszkaliśmy bowiem w Śródmieściu i niezbyt często się tam chodziło, zresztą dom został sprzedany po śmierci ojca, gdy miałam siedem lat, a gdy miałam ich dziesięć - przeprowadziliśmy się do własnego nowego domu już w zupełnie innej dzielnicy miasta, zwanej Nowym Światem. Częściej udawaliśmy się w przeciwną stronę, w oazę zieleni jaką był Wysoki Zamek, chociaż i w Śródmieściu zieleni nie brakowało, a co ważniejsze, nikt jej nie niszczył.

Z parku u podnóża Kopca Unii Lubelskiej, gdzie znajdowały się ruiny zamku zwanego Wysokim (zamek niski usytuowany był w obrębie starego miasta) koniecznie trzeba było wspiąć się serpentyną na Kopiec Unii Lubelskiej. Stamtąd bowiem roztaczał się niezapomniany widok miasta w dole i okolic, tak, że wspomnę słowa Lwowskiego poety i żołnierza II wojny światowej, który mieszkał i zmarł w Londynie, Mariana Hemara: "Ach z Wysokiego Zamku - ach zielone przestrzenie - widok aż na Podhajce, na Żółkiew - na Zniesienie".

W tym momencie przychodzi we wspomnieniach piosenka, której ani autora, ani kompozytora nie znam, nie spotkałam się z nią po wojnie nigdzie, w żadnych publikacjach, ale by nie zapomnieć słów (melodię mam w głowie i pamięci) zapisałam w zeszycie i tu je napiszę: "Gdy ranka złoty róż swe blaski śle na łów w zielonym wieńcu wzgórz, jak wizja błyszczy Lwów; w tym mieście mieszka lud, co wiernym jest po zgon - to Orląt naszych gród, to jest na trwogę dzwon. - Gdy wróg ze wschodnich twierdz u Polski stanął wrót, dzwonieniem wszystkich serc wskrzesił obrony cud i gdy ze szczytów drzew listopad liście strząsł swych dzieci oddał krew, ze śmiercią poszedł w pląs.

- Lwie serce ma nasz Lwów, jak przed wiekami miał obrońców stanął huf i Bóg zwycięstwo dał. Na kresach trzymasz straż przez wieków prawie sześć cześć ci o Lwowie nasz, obrońcom twoim cześć!

Może ktoś, kiedyś po mnie wyrzuci niepotrzebne zapiski, ale wpierw przeczyta je i dowie się, że było kiedyś miasto w Rzeczpospolitej, nierozerwalnie z Nią złączone i wierne Jej, ale zły los postanowił inaczej.

Zanim zejdę z Kopca, rzucę jeszcze okiem na pobliską Górę Piaskową, pokrytą częściowo lasem, zwaną przez lwowiaków Kajzerwaldem od czasu odwiedzin cesarza Austro-Węgier, Franciszka Józefa (Kaiser - cesarz, Wald - las) z okazji otwarcia Powszechnej Wystawy Krajowej we Lwowie w 1894r.

Jeszcze jedna ciekawostka związana z przybyciem "Miłościwie nam panującego" cesarza Franciszka Józefa do Lwowa: do dziś wypiekane bułeczki - kajzerki mają swój lwowski rodowód: właśnie po raz pierwszy zostały one wypieczone na powyższej Wystawie Krajowej nazwane od cesarza (Kaiser - cesarz) - kajzerkami.

Z góry, do miasta w dole sfruwało się prawie jak na skrzydłach i tu po prawej stronie naprzeciw kościoła Karmelitów, znajdował się kościół Seminarium Duchownego p.w. Oczyszczenia Najswiętszej Marii Panny, usytuowany między rezydencją biskupów, a seminarium kleryków. Kościół był dla publiczności zamknięty. W głównym ołtarzu kaplicy obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy nazwanej "Panią i Matką Seminarium" - ukoronowany został przez ks.abpa Bolesława Twardowskiego w 1927 r.

R.J.

Nasz Kościół nr 122 - dodatek młodzieżowy "Świtanie" z dnia 29.03.1998

Kilka pytań na temat powołania do ks. Jerzego Bednarza

"Człowiek będąc jedynym na ziemi stworzeniem, którego Bóg chciał dla niego samego, nie może odnaleźć się w pełni inaczej, jak tylko poprzez bezinteresowny dar z siebie samego" [ KDK 24 ]

- Czy mógłby Ksiądz dokładnie określić moment, w którym poczuł, że Bóg go wzywa ?

Nie było jakiegoś faktu, który bym zauważył, jakiegoś przełomowego wydarzenia. To było powolne. Powoli się rozwijało, no i z czasem zaowocowało. Trudno jest mówić w ogóle o początku powołania... Powołanie kapłańskie to jest pewnego rodzaju historia dialogu, pomiędzy Bogiem, a człowiekiem. Między miłością Boga, który wzywa, a wolnością człowieka, który odpowiada.

- Czy od razu odpowiedział Ksiądz twierdząco na Boże wezwanie ?

Odpowiedź raczej była twierdząca. Choć nieraz,... wiadomo... wątpliwości, trudności, zastanowienie, czy to to, czy nie to,... chyba były. Jeśli postawiło się cel, do którego się dąży, napotyka się na jakieś trudności, które można pokonać.

- Czy trudno zostawić wszystko i pójść za Chrystusem ?

Kapłaństwo to przecież oddanie całego siebie. Przecież Ewangelia mówi,że jeśli zostawi się wszystko dla Chrystusa zyska się o wiele więcej matek, sióstr... Parafia to jedna wielka rodzina, nie ogranicza sie do jednej, ale jest ich o wiele więcej. O wiele więcej sióstr, braci, ojców. Myślę, że warto dla nich to wszystko zostawić. Św. Piotr też zostawił wszystko. Wypomniał to Chrystusowi: " Oto opuściliśmy wszystko...". A opuścił przecież jakiś stary dom, sieci, łódź..

- Czy seminarium jest czasem próby ?

Seminarium to instytucja, która ma pomóc, przygotować do kapłaństwa... wiadomo,że nie wszyscy, którzy tam są muszą zostać księżmi. Zawsze można się wycofać. Tak, jest to czas próby, czas żeby się sprawdzić. To tak jak małżonkowie... przygotowują się kilka miesięcy. Kapłaństwo również poprzedza przygotowanie. Tylko potraktowane jest to poważniej, bo to przecież 6 lat.

- Czy, a jeśli, to w jaki sposób ludzie starali się Księdzu pomóc ?

Jest coś takiego jak : kierownictwo duchowe w seminarium. Należy powiedzieć ojcu duchownemu o problemach, on stara się je roz wiązać. Można jeszcze liczyć na rodzinę, rodziców, osoby zaufane..

- Jeśli Ks. w jednym zdaniu miałby określić swoje powołanie, to co mógłby o nim powiedzieć ?

Jest to dar, który nieskończenie przerasta człowieka. Doświadczam tego w codziennym życiu. Wobec wielkości tego daru czuję i chyba czuje tak każdy kapłan, że do niego nie dorastamy. Ludzkie słowa nie są w stanie udźwignąć ciężaru tajemnicy, jaką kapłaństo w sobie niesie.

- Czy wychowanie, rodzina ma jakiś wpływ na to, że człowiek decyduje się pójść za głosem Boga ?

To znaczy...tak. To, gdzie człowiek żyje, w jakim środowisku, co rodzice zaszczepią w dziecku od samego początku, to to kiedyś zaowocuje. Różnie to jest. Czasem ktoś może być daleko od Kościoła. Nagle jakieś nawrócenie i też może być kapłanem, zakonnikiem. Ale na pewno wychowanie jakieś znaczenie ma.

- Mówi się, że w tych czasach trudno być kapłanem. Czy Ks. podziela tę opinię ? Jeśli tak to co sprawia największą trudność ?

Kapłan zawsze był wyrzutem dla społeczeństwa. Kapłan to znak czegoś, Kogoś...sytuacja we współczesnym świecie nie sprzyja klimatowi religii. Świat ulega materializmowi, konsumpcjonizmowi, dlatego ludzie czasem odchodzą. Pomimo to znajdują się tacy, którzy głęboko wierzą. Jednak trzeba większą wagę przywiązywać do jakości chrześcijaństwa, a nie ilości wiernych.

Co mi sprawia trudność ?

Może nie tylko mi, ale w ogóle. Jest to brak większego zaangażowania w sprawy Kościoła. Zrozumienia, że każdy powołany jest do świętości.

- Czy oprócz Chrystusa ma Ks. jakiś wzór idealnego kapłana, którego chce naśladować ?

Generalnie nie mam... Wiadomo, że największym kapłanem jest Jezus Chrystus, a wszyscy inni kapłani wpatrują się w ten niedościgły wzór i do tego ideału dążą.

- Czy Ksiądz cieszy się, jest szczęsliwy z tego co robi ?

Tak.

- Po prostu ?

Po prostu : tak.

Dziekuję za rozmowę.

Powrót do strony głównej