Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Niedziela, 23 Wrzesień 2018 - 266 dzień w roku - godz.12:22:58 Tydzień: 38
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 2001  Miesiąc:  7 12  
Lipiec 2001
Nasz Kościół nr 156 z dnia 21.07.2001  
Nasz Kościół
Wydanie INTERNETOWE


Nr 7
(156)

21.07.2001
NAWIEDZENIE PARAFII PRZEZ PANIĄ JASNOGÓRSKĄ W JEJ CUDOWNYM OBRAZIE

List do Matki

Matuchno moja!

Tak długo milczałem. Ty pewnie myślałaś o mnie ze smutkiem - zagubił się w tym skomplikowanym świecie - nie wiem czy jeszcze kiedyś do mnie powróci - choćby na chwilę. A ja rzeczywiście zatoczyłem szerokie koło w poszukiwaniu miejsca dla siebie i swoich dzieci. Szukałem, szukałem latami i znów jestem tam skąd wyszedłem, na progu swojego dzieciństwa. Gdy czułem dotyk Twoich dłoni wszystko było takie proste. Twoje słowa były dla mnie drogowskazem. Jedno Twoje spojrzenie sprawiało, że wiedziałem co czynić. Dzisiaj wracam poraniony, rozczarowany. Tak bardzo się staram, ale nie mam pewności czy jestem tym człowiekiem, jakiego chciałaś we mnie widzieć. Wiesz są chwile, gdy boję się sam o siebie. Tyle trudnych decyzji - a moje dzieci, nie wiem jak im pomóc wybierać to co szlachetne i prawe. Czy mnie do końca zrozumieją ? Czy wystarczy mi cierpliwości i przeświadczenia, że powinienem walczyć o wartości dla mnie najświętsze; o uczciwość, poszanowanie drugiego człowieka i wiarę w moc Boga, miłość Syna i mądrość Ducha. Matko Ty wiesz najlepiej jak mi pomóc. Nie zasłużyłem na Twoją łaskę, ale wierzę, że mnie nie odrzucisz. Pomóż mi przejść przez tę ziemską rzeczywistość, z godnością. Spraw by z mojego powodu nie cierpieli inni. Daj zrozumieć gorycz rozczarowań - jeśli Pan tak zamierzył, niech się tak stanie. Uklęknę z pokorą przed Twoim Obliczem i odsłonię przed Tobą świat moich pragnień, wątpliwości i obaw. Zapomnij o moich przewinach. Tylko Twoje kochające serce zdolne jest jeszcze raz mi zaufać.

Twój Syn.
Informacje

Czas przygotowania do nawiedzenia Obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej dobiegł kresu. Bezpośrednio przed Nawiedzeniem odbyły się Misje Święte (14-19.07.2001), prowadzone przez misjonarzy ze Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego SCJ; ks. Tadeusza Gniewka i ks. Zbigniewa Zagórskiego, którzy przygotowywali nas na spotkanie z Matką Najświętszą poprzez nauki stanowe, spowiedź, modlitwy, Apel Jasnogórski, wspólny śpiew. Owocem ich trudnej pracy i naszej modlitwy będzie zapewne niejeden powrót do kościoła, umocnienie wiary i ożywienie życia religijnego. W trakcie wielomiesięcznego przygotowania obok spraw wiary podejmowane były działania wspólnotowe, które pokazały solidarność instytucji, firm i grup społecznych, włączających się w akcje przygotowania. Chcieliśmy przeżyć niezwykłą chwilę nawiedzenia w sposób godny. Dlatego wypiękniało otoczenie osiedla, kościoła, ulic, naszych domów. Wyremontowany został nasz pierwszy parafialny kościółek, wybudowany jeszcze przed wojną w ramach COP-u, jedyny jaki się zachował z tego okresu. Przy tej okazji dziękujemy darczyńcom, którzy przyczynili się do sfinansowania tego remontu: firmom -ZTS "Erg", "Energoeko", "Kronoerg", "Ergpol", "Transerg", a także osobom prywatnym, które dokonały wpłat na konto lub złożyły ofiary na tacę. Dziękujemy za przygotowanie do nawiedzenia naszym kapłanom.
Bóg zapłać!

Fotoreportaż z nawiedzenia można zobaczyć na naszejgłownej stronie

Wspomnień o Pustkowie i nie tylko tamtych lat - ciąg dalszy

Przedwojenne lasy pustkowskie były równie piękne jak Wisłoka, o której poprzednio wspominałam; przede wszystkim jeszcze nie przetrzebione i nie zaśmiecone jak dziś, pełne grzybów, poziomek, borówek i brusznic, malin i jeżyn, zwanych przez tutejszych ludzi - baranami.

Do lasu chodziłyśmy oczywiście w dni chłodniejsze i pochmurne, jednym słowem, gdy pogoda nie sprzyjała kąpielom w rzece. Idąc w kierunku Brzeźnicy, po prawej stronie - nieco oddalone od torów rosły tzw. chłopskie laski - było ich trzy. Bez podszycia z niską trawką i mchem, niezbyt wysokie sosny, gładko, równo - jednym słowem bardzo przyjemne do chodzenia i zbierania grzybów.

Po lewej stronie toru za piaszczystą drogą biegnącą od gościńca poprzez tory i Rudki, był niewielki ale dość głęboki stawek; dziś na skutek obniżenia się poziomu wody, prawie już nie istnieje. Za tym stawkiem idąc dalej w kierunku Brzeźnicy, rozciągały się gęste lasy mieszane, sosny, świerki, dęby i brzozy, podszycie równie gęste i wysokie, gdzie rosły pod paprociami przede wszystkim kozaki - czerwone i szare, maślaki i trafiały się borowiki. W lesie po drugiej stronie toru, nie było raczej grzybów, więc przebiegałyśmy dość szybko, by stanąć na jego skraju, skąd roztaczał się prawdziwie sielski widok; nieco niżej położone kwieciste bujne łąki, pola uprawne z dzikim gruszami na miedzach, aż do gościńca przy którym stało parę zagród. Na zboczu, z pnia niegdyś ściętego drzewa wytryskało źródełko, gdzie koniecznie trzeba było napić się prawdziwie źródlanej wody; nadmiar jej spływał na niżej położone łąki. Zmęczone nieco wracałyśmy z grzybami do domu, gdzie nasza babka nie mogąc już zbierać grzybów jak w dzieciństwie, gdy mieszkała na leśniczówce, musiała się zadowolić chociaż ich oczyszczaniem.

Chodziłyśmy do lasu same, ani Mama. ani nikt z dorosłych nam nie towarzyszył; nie mieli na to czasu, zresztą lasy były wówczas bezpieczne.

Ojciec czasami tylko "wpadał" do Pustkowa; nie pozwalało mu na to prowadzenie własnej firmy. We Lwowie przy ul. św. Szymona miał "Magazyn i pracownię sukien męskich". Wykonywał wszelkie roboty w zakresie krawiectwa, z materiałów krajowych i angielskich. Gdy na parę dni zdarzyło się, że mógł sobie pozwolić na krótki odpoczynek, wtedy towarzyszył nam w wypadach do lasu. Moje starsze siostry, mając już tzw. "swoje" miejsca, gdzie prawie zawsze występowały grzyby, naprowadzały ojca tak, by i on miał przyjemność znalezienia pięknych prawdziwków.

We Lwowie natomiast Ojciec codziennie przed - lub po obiedzie wychodził na dłuższe spacery, w których towarzyszyły mu 2 starsze siostry; udawali się najczęściej pod Wysoki Zamek lub do jednego z licznych lwowskich parków. Podczas spacerów Ojciec gawędząc z córkami opowiadał dzieje rodziny, m.in. jedyny raz wspomniał, że ród Jaźwieckich wywodzi się ze starej szlacheckiej nacji z niemieckim herbem "Bobrowy kamień". Siostra, ucząca się w gimnazjum niemieckiego, próbowała sobie tę nazwę przetłumaczyć na język niemiecki. Właściwie brzmiał on "Biberstein": Biber - bóbr, Stein - kamień.

Wspomnienie to brzmiało jakby memento, o którym siostra nie zapomniała... Jak podają heraldycy, herb ten używany był w Polsce od 1310 roku, ale nie są zgodni co do tego, skąd przybyli Bibersteinowie; jedni twierdzą, że ze Śląska, inni, że z Helwecji (Szwajcaria). W czasie jednego samotnego spaceru ojciec nagle zasłabł i już nie wrócił do domu, atak serca i - koniec; osierocił Mamę i 5-ro dzieci. Ojciec, po stracie jedynego syna, któremu pragnął przekazać nazwisko, załamał się, tym bardziej, że jedyny bratanek też już nie żył; poległ on w bitwie pod Sejnami, z bolszewicką Rosją w 1920 roku. Ciężko ojciec przeżywał stratę dziecka, stał się milczący, już się nie uśmiechał; czas wprawdzie goi rany, ale tego czasu już dla niego nie stało...

Obojętnie skąd przybyli nasi przodkowie, to uważam zbieg okoliczności: jesteśmy bobrami z herbu, a z nazwiska borsukami, bo borsuk i jaźwiec to jedno. Dlatego zapewne najlepiej czujemy się na "łonie natury" w lesie, w polach, chociaż we Lwowie czuliśmy się równie dobrze. Było to bowiem szczególne miasto: położone na wzgórzach, tonące dosłownie w zieleni, nie męczące jak inne ściśle zabudowane, z ludźmi może dlatego rozśpiewanymi, wesołymi, dowcipnymi, czego przykładem ciesząca się wielką popularnością w kraju i zagranicą radiowa "Wesoła lwowska fala" ze Szczepkiem i Tońkiem; gdzie nawet ulicznicy tzw. batiary dali się lubić. W czasie trwania lwowskiej audycji radiowej wyludniały się ulice wszystkich miast w Polsce.

Nasza Mama drobna i jakby się wydawało słaba kobieta, po śmierci męża samotnie wychowała 5-ro dzieci, kształciła w najlepszych szkołach; po zlikwidowaniu firmy, wybudowała we Lwowie czynszowy dom, który miał być w przyszłości źródłem utrzymania rodziny. Jakby na ironię losu za tzw. pierwszych sowietów w latach 1939-41, ten dom omal nie stał się powodem wywózki Mamy i siostry na daleki wschód - jako kapitalistki i wyzyskiwaczki ( reszta rodzeństwa była w tym czasie po stronie niemieckiej).

Po zakończeniu wojny zamieszkaliśmy wszyscy w osiedlu w Pustkowie, gdzie ja i moi szwagrowie rozpoczęli pracę w uruchomionym tuż po wyzwoleniu zakładzie. Ja z Mamą i 2 siostrami dostałam mieszkanie w bloku 36, natomiast zamężne siostry wraz z rodzinami zajęły dwurodzinną willę na starym osiedlu.

Mimo ciężkich czasów, a może właśnie dlatego, trzeba było sobie radzić jak się dało. Całe okolice poza osiedlem były wyludnione przez wysiedlenie. Nie było sklepów, dzieci nie miały mleka, chodziło się początkowo do Pustkowa wsi lub Brzeźnicy po nabiał, albo trzeba było zaopatrzyć się w krowy lub ... kozy. Wszyscy je hodowali, począwszy od dyrektora, skończywszy na tzw. szaraczkach. Moja Mama również miała kozę, bardzo złośliwą zresztą, bo stale gdzieś uciekała, trzeba było ją paść i pilnować bo wszędzie było pełno zarośniętych i pokrytych rzęsą wodną dołów kloacznych po rozebranych barakach niemieckich. Takie to były początki naszego osiedlania się, trudne nieco, ale wspominane z łezką w oku, bo to była nasza młodość.

Nasza Mama, mimo straty majątkowej i konieczności opuszczenia Lwowa, nie straciła pogody ducha. Jako osoba doświadczona przez los służyła sąsiadom radą, pomocą w ciężkich chwilach, o czym nieraz ze wzruszeniem wspominają do dziś. Do końca swego życia, a zabrakło jej tylko 3 miesiące do ukończenia 100 lat, zachowała doskonałą pamięć, czytała, słuchała radia, oglądała programy telewizyjne, dopóki nieubłagany czas nie upomniał się o nią.

Tak już jest, że dzieciństwo i młodość mają swoje prawa i nad wszystkim trzeba przejść do porządku dziennego, przeto i ja wracam do wspomnień weselszych, do wakacji i naszych zabaw w przedwojennym Pustkowie; przecież trwają wakacje...

O jedynej powodzi na skutek długotrwałych deszczów, której byłam świadkiem, wspominałam już w poprzedniej gazetce. Od czasu do czasu w upalne i parne dni zrywały się groźne burze z błyskawicami, grzmotami i ulewnymi deszczami. I jak w piosence: "w czasie deszczu dzieci się nudzą" tak i my zbierałyśmy się w poczekalni, w której prawie nikt nigdy nie czekał na pociąg, a gdy dziadek był w dobrym nastroju i nic go nie strzykało i nie łamało w kościach, wyciągał z lamusa swoją harmonię z młodych lat i przygrywał nam w poczekalni do tańca. Często zastępował dziadka w graniu pełniący służbę na przystanku bardzo sympatyczny, wesoły, lubiący dzieci (miał ich też kilkoro), przyjaciel domu pan Występek z Dębicy.

Hasało się wtedy do upadłego dotąd dopóki burza nie przeszła gdzieś dalej, a wtedy ukazywało się na niebie tak rzadkie dziś zjawisko - przepiękna różnobarwna tęcza. Lubiłyśmy i te burzowe dni, bo na drodze można było bosymi stopami miesić ciepłe błoto, a na podwórku stawiać z piasku babki.

Od czasu do czasu przychodziła po prośbie do dziadków mieszkanka któregoś z przysiółków Pustkowa, niemłoda już, zawsze owinięta w chustę, bosa kobieta - karliczka. Wzrostem równa kilkuletniemu dziecku. Witała nas dzieci całując w rękę powyżej łokcia i patrzyła z wielką jakby natarczywością na nasze pantofelki, chyba nigdy w życiu nie miała obuwia. Stopy miała szerokie i zniszczone, i przypuszczalnie nie mogłaby założyć na nogi naszych sandałków, zresztą nawet nie przyszło by nam do głowy darować jej nasze letnie obuwie; w lecie na wsi wszyscy chodzili na "bosaka".

Może nawet nie pisałabym o niej w moich wspomnieniach, gdyby nie książka Stanisława Zabierowskiego pt. "Pustków - Hitlerowskie obozy wyniszczeń w służbie poligonu SS". Tam zostało umieszczone zdjęcie "naszej Gajtyski" (tak ją nazywano) z dwoma niemieckimi żołnierzami SS. Nie sięgała im nawet do pasa. Kto przypuszczałby wtedy, że zdjęcie bezdomnej, bosonogiej Gajtyski utrwalone zostanie w książce.

R.J.

Powrót do strony głównej