Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Poniedziałek, 16 Lipiec 2018 - 197 dzień w roku - godz.16:18:33 Tydzień: 29
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 1995  Kwartał:  1 2 3 4  
IV kwartał 1995
Nasz Kościół nr 68 z dnia 12.11.1995

Kościoły mojego dzieciństwa.

		"A jeśli kiedyś na gwiazd pójdę połów
		i zamknie moje znużone powieki 
		śmierć swoją dłonią - tak zimną jak ołów, 
		jeszcze zobaczę jak obraz daleki:
		te białe wieże Twych dumnych kościołów, 
		jak się z oparów wyłaniają rzeki -
		i jak się pławią w wieczornej godzinie
		w bladym, przeczystym niebios seledynie..."

  Henryk Zbierzchowski (fragment)

Tego lata 1995 r. udałam się w podróż poza granice Polski, do miasta, w którym się urodziłam. Wrażenie jakiego doznałam na widok dawno nie oglądanego Lwowa (ostatni pobyt w 1972 r) było bardzo przykre. Miasto, niegdyś tak piękne, eleganckie i wesołe, zszarzało, znędzniało, straciło swój koloryt i wdzięk.
Ale nie o tym chciałam pisać:
Zwiedzać miasto, to przede wszystkim kościoły. Wznoszono je przecież przez całe wieki, upiększając tak z zewnątrz jak i wewnątrz; stanowią one cały przekrój stylów zabytków sztuki architektonicznej, murarskiej, kamieniarskiej, rzeźbiarskiej, malarskiej itd.
A oto w jakim stanie zastałam kościoły mojego dzieciństwa:

Kościół Bernardynów, najpiękniejszy ze wszystkich świątyń lwowskich -

Lwów - Kościół Bernardynów

Lwów - Kościół Bernardynów
perła renesansu zawsze czynny o każdej porze dnia i roku, do którego, nim rozpoczęłam edukację, chodziłam z rodzicami na Msze święte, na majowe nabożeństwa. Moja parafia - obecnie zamieniony na kościół grecko-katolicki. Wnętrze niby bez zmian, ale haftowane ukraińskimi wzorami ręczniki na ołtarzach, przypominają, że to nie mój kościół. Nie powitał mnie też klęczący niegdyś na kolumnie przed kościołem bł. Jan z Dukli - patron Lwowa; podzielił los swych parafian - wygnańców.

Lwów - Katedra Ormiańska

Lwów - Katedra
Ormiańska

Kościół, a raczej Katedra Ormiańska (Lwów był siedzibą 3 arcybiskupów: obrządków rzymsko-katolickiego, grecko-katolickiego i ormiańskiego) do której parami z nauczycielkami szły uczennice szkoły powszechnej im. A. Mickiewicza na niedzielne Msze św. - teraz zamknięta na głucho, zniszczona. Nie ma już Ormian we Lwowie. Szkoda, pamiętam jak dziś wspaniałe freski pokrywające ściany jak np "Ostatnia Wieczerza" czy "Pogrzeb Odylona" pędzla znanego artysty malarza J. Rosena.

Lwów - Kościół Dominikanów

Lwów - Kościół
Dominikanów

Kościół Dominikanów - w zupełnie innym stylu z pękatą pozieleniałą kopułą, wewnątrz biało złotej; tam przyjmowałam I Komunię św. Dziś wprawdzie otwarty, ale zamieniony na muzeum historii religii i ateizmu; smutny, jakby przybrudzony, odarty ze wszystkiego co go zdobiło.

Kościół Jezuitów - wojskowy, tuż obok mojej szkoły; tam byłam bierzmowana - zamknięty - archiwum akt dawnych.
Kościół św. Józefa w pobliżu szkoły powszechnej im. H. Sienkiewicza, do której uczęszczałam po przeprowadzce do własnego domu. W kościele tym śpiewałam w szkolnym chórze w czasie nabożeństwa niedzielnego na tzw. 9-tówce. Obecnie cerkiew prawosławna.

Lwów - Katedra łacińska

Lwów - Katedra łacińska

Katedra łacińska z cudownym obrazem Matki Boskiej Łaskawej, przed którym składał swe śluby król polski Jan Kazimierz - codziennie przez 5 lat mijałam ten kościół idąc do szkoły. Jest czynny dla katolików obrządku łacińskiego. Tak jak przed laty wnętrze gotyckiej świątyni nieco mroczne i nastrojowe. Wycieczka nasza uczestniczyła w niedzielnej Mszy świętej. Trwa odbudowa bocznych ołtarzy.

Lwów - Kościół św. Elżbiety

Lwów - Kościół św. Elżbiety

Wspaniały kościół św. Elżbiety w pobliżu głównego dworca kolejowego z trzema strzelistymi wieżami, wzniesiony przez lwowskich kolejarzy z pocz. XX wieku; do niedawna magazyn, obecnie w odbudowie. Za tzw. pierwszych Sowietów przy zdejmowaniu krzyża "ochotnik" podejmujący się tej czynności spadł z wieży ponosząc śmierć na miejscu. Następców nie znaleziono.
Najmłodszy kościół Lwowa z 1934 r. to kościół Matki Boskiej Ostrobramskiej; był kościołem garnizonowym szczególnie ukochanego przez Lwowiaków 14 pułku Ułanów Jazłowieckich. Stojący na wzgórzu pozwalał wychodzącym z kościoła zachwycać się wspaniałą panoramą miasta. Pamiętam ostatnie spotkanie z tą świątynią w 1938 roku w czasie uroczystości związanej z 20-tą rocznicą odzyskania niepodległości, w której brałam udział wraz ze swoją drużyną harcerską. Obecnie kościół nieczynny.
W gimnazjum, do którego uczęszczałam 2 lata przed wojną Msze św. dla uczennic odbywały się w szkolnej auli, gdzie za roletą, którą na czas nabożeństwa się podnosiło, znajdował się ołtarz, a Msze św. odprawiał nasz ksiądz profesor.
Z 34 kościołów rzymsko-katolickich we Lwowie czynnych jest obecnie 3 tj. wspomniana katedra, kościół św. Antoniego na Łyczakowie oraz mały kościółek na Zamarstynowie.

R. J.



Nasz Kościół nr 70 z dnia 24.12.1995

Rzecz o kutii

Zbliżają się święta, więc o jednej z potraw wigilijnych słów parę. Kutia, to jedno z najsmaczniejszych, nie tylko dla mnie, dań wigilijnych. Nie od początków mojej pamięci pojawiła się ta potrawa w naszym lwowskim domu, bowiem nie polski był jej "rodowód". Kilka nacji składało się na mieszkańców Lwowa, a to: Polacy, Rusini czyli Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Czesi, Węgrzy, spolszczeni Austriacy, istny tygiel narodowości. Każda z nich wnosiła do wspólnoty miasta i okolic swoją wiarę, obrządki, języki, kulturę, obyczaje, muzykę, pieśni, tańce i ... potrawy (była to przecież w czasie zaborów Monarchia Austrowęgierska).
Kto z tut. społeczności domyśla się np co oznacza słowo meszty lub batiar (oba słowa pochodzenia węgierskiego). Długo po wojnie, po osiedleniu się w Pustkowie, odzwyczaiłam się kupując płytkie pantofle do wyjścia, od nazwania ich mesztami, a batiar to lwowski ulicznik dowcipny wesołek mający swój honor, a w razie zagrożenia bohater; przykład obrona Lwowa w 1918r. Mimo tego międzynarodowego tygla, a może właśnie dlatego, w którym wszystko idealnie ulegało wymieszaniu, społeczeństwo żyło zgodnie i wesoło. Rodziny często były mieszane np Polacy z Rusinami, więc święta obchodziły podwójnie, pierwsze były rzym.-kat, a w dwa tygodnie później - grecko-katolickie.
Ale miało być o kutii. Któregoś dnia już po świętach, nasza gosposia udała się do stróżki kamienicy po klucz od strychu. Jakież było jej zdumienie, gdy wchodząc do kuchni ujrzała świeżo pobielony sufit cały w ciemnych plamach z przyczepionymi doń kupkami czegoś, czego z niczym nie mogła sobie skojarzyć. Okazało się, że to właśnie kutia przygotowana na wigilię świąt ruskich, która w wierzeniach ludowych Rusinów służyła również do wróżby. Otóż ile ziaren przylepi się do sufitu tyle zbiorą w przyszłym roku kóp pszenicy. Że to była potrawa jadalna i do tego doskonała (oczywiście nie ta z sufitu) o czym przekonała się nasza gosposia, przeto dzięki niej została już na zawsze włączona do naszego wigilijnego jadłospisu.
Z czego składała się owa kutia ?, a no: z utartego (nie mielonego w maszynce), ale w donicy, zwanej makutrą, maku, miodu, orzechów laskowych lub włoskich, migdałów, rodzynków, wanilii, a tylko jako dodatek - właśnie omielonej, ugotowanej pszenicy. Masa ta schłodzona i polana słodką śmietanką dla nas dzieci, a może nie tylko, to była pycha! Spróbujcie! Czasami miałam kłopoty ze zdobyciem takiej omielonej pszenicy; próbowałam jako dodatku ryżu lub pęczaku, ale nie wychodziło, a w tym roku jeden ze sprzedających na naszym targowisku obiecał przywieźć. Będzie prawdziwa kutia!

R.J.

Powrót do strony głównej