Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Wtorek, 13 Listopad 2018 - 317 dzień w roku - godz.04:47:17 Tydzień: 46
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 1995  Kwartał:  1 2 3 4  
III kwartał 1995
Nasz Kościół nr 59 z dnia 02.07.1995

Chodź za mną...

Chodź za mną - mówił J. Chrystus do wybranego ucznia. Ale powołany chciał naprzód pogrzebać ojca, inny znów - pożegnać się z rodziną.
Jezus nie przyjął żadnych warunków. Żądał zaparcia się siebie, poświęcenia wszystkiego, co ziemskie dla wartości ważniejszych niż doczesne. Mówił także : Nie bierzcie ze sobą ani trzosu, ani torby podróżnej, ani sandałów...
Wielu usłuchało Jego głosu. Zostawili rodziców, przyjaciół, ojczyznę i poszli głosić naukę Chrystusową do ludów o obcej cywilizacji, innej wrażliwości społecznej i innej niż nasza skali wartości. I niewiele wzięli ze sobą: ot tyle, aby starczyło na bilet i pierwsze dni, aby się jakoś zagospodarować, aby nie być głodnym. Wiedzieli, że jest ciężko. Wiedzieli, że niebezpiecznie, że może ich spotkać los franciszkańskich misjonarzy ojca Zbigniewa Strzałkowskiego z Zawady i ojca Michała Tomaszka, którzy w 1991 r. zginęli w Peru z rąk ludzi ze "Świetlistego szlaku", bo głosili pokój, a w kraju szerzyła się rewolucja, bo głosili miłość i przebaczenie, a tamci - bezwzględną przemoc. Choć nie mieli żadnej broni - dla nich byli niebezpieczni. Jak Chrystus nie stawiali oporu, i jak Chrystus pytali: "jeżeli uważacie, że źle pracowaliśmy , powiedźcie nam, w czym popełniliśmy błąd".
To nic, że od kraju dzielą ich setki, tysiące kilometrów. Wyjeżdżają do Peru, Argentyny, Kamerunu, Czadu, Zairu, Japonii i krajów Wspólnoty Niepodległych Państw. Misjonarzami są kobiety i mężczyźni, duchowni i świeccy. Głoszą słowo Boże, łagodzą głód, troszczą się o to, by człowiek mógł godnie umierać. Otwierają misje, prowadzą szpitale, budują kaplice i kościoły, choć nie mają nic. Liczą na pomoc Kościoła Powszechnego i ten ich nie zawodzi. Dzięki Papieskim Dziełom Misyjnym mogą wypełniać swoje zadanie. Bardzo potrzebna im nasza modlitwa, zwłaszcza w chwilach niepowodzeń, zniechęcenia, osamotnienia. Ostatnio gorąco o nią prosi ks. B. Rosiek, pracujący w Ngo - Kongo. Prośmy, aby Pan był z Nim i wszystkimi robotnikami żniwa na misyjnych drogach.

Maria

Piękna Pani z Ostrowa.

W latach dwudziestych XIX wieku, w majątku dworskim Pana Lange, w Ostrowie, w pięknym parku, okalającym zabudowania dworskie, rosła wyróżniająca się wielkością i pięknym kształtem, ogromnych rozmiarów lipa.
Pewnej letniej, ciepłej, majowej nocy służba dworska dostrzegła na niej jakąś dziwną jasność. Kiedy rano sprawdzono dokładnie drzewo okazało się, że na pniu lipy, na wysokości 150 cm od ziemi jest wyrośnięta podobizna Matki Bożej z zielonego mchu. Wielokrotnie próbowano oczyścić drzewo z mchu, ale podobizna wyrastała od nowa.
Pan Lange po konsultacjach z bliskimi mu osobami udał się do Szwajcarii i przywiózł stamtąd przepiękną, dużych rozmiarów figurę Matki Bożej. Ustawił ją pod lipą i odtąd jasność, którą wcześniej widziano na tym drzewie, zanikła.
W tym czasie Ostrów należał do parafii Lubzina. Z czasem wybudowano tam kaplicę i do niej przeniesiono piękną figurę, gdy nowym właścicielem majątku został Żyd. Figurę umieszczono w ołtarzu kaplicy. Przebywała tu prawie 50 lat.
Na początku XX wieku przystąpiono do budowy kościoła. Ukończono go w 1923 roku.
Matka Boża czczona była nadal. Do jej kaplicy zaglądali parafianie mieszkający najbliżej niej, od czasu do czasu odprawiano tu msze św.
Nadeszły tragiczne lata II wojny światowej. ucierpieli bardzo ludzie, zniszczeniu uległy zabudowania dworskie i kościół.
Po wojnie ludzie wrócili do opuszczonych domostw, przystąpili do odbudowy kościoła. Nowy właściciel majątku Jan Szalwa dla upamiętnienia historii sprzed lat wybudował w parku pod lipą niedużą kapliczkę.
Nadszedł rok 1956 , w kościele odbywały się misje. Prowadzący je misjonarz w wolnych chwilach poznawał parafię. Zwiedzając starą kaplicę zobaczył figurę Matki Bożej. Został do głębi zafascynowany, gdy poznał jej historię. Zaapelował o umieszczenie jej w kościele. Nastąpiło to w czasie renowacji misji, w roku następnym. Była to podniosła uroczystość. Ksiądz misjonarz powiedział: "Teraz mogę spokojnie odjechać z Ostrowa bo wiem, że ta wspaniała figura Matki Bożej będzie odbierała należną jej cześć".
Mieszkańcy Ostrowa są dumni ze swej "Pięknej Pani". Otaczają ją czcią i ślą do niej modły. Matka Boża udziela licznych łask, o czym świadczą zawieszone wota, po obu stronach głównego ołtarza, składane w podzięce za otrzymane łaski.
Jeśli w któryś letni dzień będziecie przejeżdżać przez Ostrów wstąpcie do Pani Ostrowskiej.

Opracowano na podstawie relacji Mariana Bila

Nasz Kościół nr 60 z dnia 16.07.1995

Pani Zawadzka

		Pieśń o Matce Bożej Zawadzkiej.
		
		Cudowna Matko! która łask tak wiele
		Dzieciom swym świadczysz w Zawadzkim kościele,
		Racz przyjąć hołd nasz, który Ci składamy
		Gdy do stóp Twych świętych dziś upadamy
			Tyś nasza Pani i nasza Królowa
			A jak Ci miła sławna Częstochowa,
			Tak chętnie gościsz w zawadzkiej dolinie
			I słyniesz łaskami w polskiej krainie
		Miłość Twa koi wszystkie smutki nasze,
		Radość sprowadza w nasze poddasze,
		Chorych uzdrawia, nieszczęścia odwraca
		Czas doświadczeń boskich litośnie skraca
			Iluż grzeszników pojednałaś z Bogiem
			Dałaś zwycięstwo im nad duszy wrogiem
			Pomagałaś Matko! Twoim sługom wiernym
			W walce wytrwałym, choć z trudem niezmiernym
		Spraw to o Matko i nasza Królowo
		Niech Jezus, Syn Twój spełni swoje słowo:
		Że kto Mu służy i miłuje Ciebie,
		Będzie Was oglądał na wieki w niebie.

Obraz Matki Boskiej Zawadzkiej

Matka Boża ZawadzkaJest czczony od niepamiętnych lat. Około roku 1590, właściciel Zawady Stanisław Ligęza, na wzgórzu zwanym odtąd Święta Maryja, wybudował drewniany kościół, a w nim umieścił obraz Matki Boskiej słynący cudami. Dotąd obraz ten znajdował się w jego kaplicy zamkowej.
W roku 1640 syn Stanisława Achacy przyniósł do kościoła, przed cudowny obraz Matki Bożej, swojego, półtorarocznego, konającego syna Kazimierza. Tu w czasie Mszy św. dziecko całkowicie wyzdrowiało. Wdzięczny ojciec jako wotum za uzdrowienie syna i liczne łaski wyświadczone ludziom przez Maryję wybudował w 1656 budynek sanktuarium, który aktualnie jest remontowany i rozbudowywany.

Obraz słynący cudami malowany jest na desce. Jest to jedna z wielu kopii Matki Bożej Śnieżnej.

W roku 1912 rozpoczęto starania o koronację obrazu i w tym celu przeprowadzono specjalny proces stwierdzający wiarygodność doznanych za pośrednictwem Matki Bożej w Zawadzie cudownych łask. W rok później Pius X przysłał bullę zezwalającą na koronację, która ze względu na wybuch I wojny światowej odbyła się dopiero w roku 1920. Dokonał jej biskup tarnowski Leon Wałęga.

W 1915 roku wokół sanktuarium toczyła się bitwa między wojskami rosyjskimi, a austriackimi. Wszystkie budynki i drzewa zostały zniszczone. Kościół i obraz ocalał. Pocisk armatni wycelowany w środek obrazu, utkwił w niewielkiej akacji , kilka metrów od kościoła i do dziś się tam znajduje. Po bitwie ludzie zbiegli się tłumnie i otoczyli obraz Matki Bożej. Niedługo potem ofiarowali na pamiątkę tego wydarzenia 2 duże serca z napisem 10 i 11 maja 1915r. Matce Bożej za ocalenie.

Na uroczystość 50 lecia koronacji zawadzkiego obrazu w 1970 roku przybył metropolita krakowski , Kardynał Karol Wojtyła. W czasie mszy świętej jubileuszowej modlił się o uzdrowienie człowieka chorego na raka palca. Po zoperowaniu palca, raka już nie stwierdzono i choroba do dziś się nie ujawniła.

Matka Boża Zawadzka sprawia cuda uzdrawiając nie tylko ciało, ale i dusze. Dokonało się tu wiele nawróceń i cudów wewnętrznej przemiany. Głęboko w sercach zachowujemy naszą wdzięczność osobistą za łaski od niej otrzymane.

Pielgrzymujemy od lat do Matki Bożej w Zawadzie. Wspomina jedna z matek: W czasach kiedy nie było parafii Pustków Osiedle i należeliśmy do parafii w Brzeźnicy ludzie ciągle pielgrzymowali do Sanktuarium M.B Zawadzkiej . Szli pojedynczo, na piechotę, jechali rowerami, motorami, a także furmankami. Było parę rodzin, które organizowały się i wspólnie z dziećmi i młodzieżą pielgrzymowały co roku bez względu na pogodę do Zawady. Szli drogami i ścieżkami polnymi, bo władze świeckie zabraniały grupowego pielgrzymowania.

(mu)

Nasz Kościół nr 62 z dnia 20.08.1995

Echa wojny.

Pod koniec lipca wybrałam się do Dębicy i zatrzymałam w pewnym biurze. Za chwilę weszła dziewczyna: drobna, nieśmiała. Miała dziecięce dłonie, śniadą cerę i wijące się czarne włosy. Była zmęczona. Jej prawą nogę opasywał gips. Gestem poprosiła o wodę, którą zobaczyła w szklance, ale nikt nie zrozumiał jej prośby. Zapytała: czy ktoś mówi po angielsku? - Wyjęła kartkę z napisem: jestem z Sarajewa... Odpowiedziało jej milczenie. Z datkiem nikt się nie kwapił. Dziewczyna odeszła.
Pospieszyłam za nią. Łamaną polszczyzną opowiadała: jestem tu z siostrą, która też zbiera pieniądze. Są im potrzebne nie tylko na przeżycie. W Warszawie jest ich trzecia siostra. Czeka ją operacja nóg. W czasie wypadku, podczas ucieczki częściowo zaniewidziała. Dziewczęta muszą zebrać na operację, podróż do Warszawy i na odtworzenie dokumentów, ukradzionych przez Cyganów. Powtarzała w kółko:
- wiesz nie mam pieniędzy, a tam siostra czeka. Gdyby mi się udało zebrać choć na pół biletu. Boli mnie noga, lekarka kazała leżeć, a ja nie mam gdzie. Nie mam też kuli, aby się na niej oprzeć...
Jej siostrę spotkałam nazajutrz. Siedziała wprost na chodniku w bardzo brudnej wiatrówce i mimo upału, cała się trzęsła. Była zupełnie zrezygnowana. Miała sztywną i wykręconą nogę.
Okazało się, że to częściowy paraliż. Nie wyjechały, bo za zebrane pieniądze musiały kupić trochę jedzenia i - znowu brakło.
Zabrałam ją do domu. Dziewczynę wsadziłam do wanny, a jej odzież do pralki. Kiedy zmyła z siebie brud i przygnębienie - wypiękniała. Miała 17 lat. Jej rodzice zginęli w Sarajewie. Matka umierając podarowała jej chustkę na głowę i przykazała nosić. Siostry postanowiły uciec. Pomógł im brat - pogranicznik. I otóż te nędzarki dzieliły się jeszcze tym, co dostały od ludzi ze swoimi w Sarajewie. Dziewczyna opowiadała : Są tam tacy, co nie mają żadnej odzieży albo chodzą w łachmanach. Nie ma żywności, mydła, leków. Jeśli tylko możemy przez brata posyłamy krewnym i tym, którzy są w potrzebie. Śpimy na dworcu, ale chuligani dokuczają.
Zaproponowałam jej odzież z "Caritas". Ofertę przyjęła z wdzięcznością, ciesząc się każdym ciuszkiem. Czekając na wysuszenie rzeczy - siedziała w kuchni. Gotowałam obiad. Krystiana - tak miała na imię - wdychała zapach parujących ziemniaków i mówiła : "pachnie jak u mamuszki" i jej oczy zrobiły się smutne. Zjadłyśmy obiad. Odprowadziłam ją do autobusu. Przyjedź jeszcze...
Dziewczyna była wykształcona. Znała angielski, włoski, trochę hiszpański. Nosiła ze sobą wizerunek Jezusa Miłosiernego.

Maria

Nasz Kościół nr 63 z dnia 03.09.1995

Po co?

Wróciła z pielgrzymki po sanktuariach Europy rozmodlona, rozśpiewana, pełna jeszcze tamtych obrazów i wzruszeń.
- Żebyś wiedziała - mówiła - ile na świecie nędzy, cierpienia i bólu. To wszystko przynosi się przed oblicze Matki Boskiej z La Salette, Lourdes, Fatimy... Ogólnie ludziom żyje się biednie, tylko nieliczni mają komfort.
W pewnym momencie rozmowa zeszła na polskie feministki, jadące właśnie do Chin z wiadomymi propozycjami. Niespodziewanie oświadczyła: A ja się z nimi zgadzam, choć inni protestują. Kobiety powinny pracować do 65 lat i mieć prawo do decydowania o aborcji. Argumentowała: Kiedy pójdę na emeryturę - zwalą się na mnie różne obowiązki. Każdy będzie coś chciał. A tak - dajcie mi spokój, pracuję. Muszę też myśleć o sobie. Aborcja ? Co ty sobie myślisz - uniosła się. Bogate kobiety nie będą potrzebowały żadnych ustaw. Pieniądze rozwiążą wszystko. W kość dostaną najbiedniejsze. To one poniosą konsekwencje za czyny swoich nieodpowiedzialnych mężów.
Oponowałam : Za aborcją pójdzie eutanazja i mogą się nie pytać ciebie w krytycznej sytuacji czy chcesz żyć, czy nie. Zabiją cię z litości: odłączą tlen, dadzą zbyt silny zastrzyk morfiny, a ty będziesz bezbronna jak bezbronne jest dziecko w łonie matki.
Zakrzyczała mnie: Bieda, niedostatek choroby...
Tak , widzę tę nędzę w gmachu Temidy, kiedy opuszczone żony muszą szukać sprawiedliwości w sądzie, dostrzegam ją w szpitalach czy w czasie dyżurów w "Caritas". Ale zawsze widzę jak bardzo człowiek chce żyć, choćby nie wiem jak narzekał. I kiedy zbliża się ten decydujący moment - krzyczy: Nie!
A tego krzyku w łonie matki - nikt nie słyszy. Mały człowiek ginie samotnie, w milczeniu. Ma ciało i duszę. To drugie należy do Boga i nikt o niej decydować nie może.
Zadzwonił telefon. Moja rozmówczyni cała promienna mówiła do słuchawki: Och, jak dobrze, że dzwonisz. Spotkamy się w sobotę. Będzie "Czarna Madonna", gril, wspominki. Przyjdź na pewno na spotkanie. Zrozumiałam: będzie to spotkanie popielgrzymkowe.
Tylko po co ta pielgrzymka?
Serce zostało zatwardziałe i nie rozumiejące...

Maria

Powrót do strony głównej