Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Niedziela, 23 Wrzesień 2018 - 266 dzień w roku - godz.12:21:33 Tydzień: 38
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 1994 :  Kwartał: 2 3 4  
III kwartał 1994
Nasz Kościół nr 35 z dnia 10.07.1994

Tę lekcję już braliśmy...

13 marca 1956 roku Kardynał Stefan Wyszyński, Prymas Polski pisał:

"Bóg położył kres życiu człowieka i głowy Państwa, który miał odwagę pierwszy i jedyny z dotychczasowych władców Polski zorganizować walkę polityczną i państwową z Kościołem. To straszna odwaga ! Na tę odwagę zdobył się Bolesław Bierut. Z jego imieniem będą związane odtąd w dziejach Narodu i Kościoła te straszne krzywdy, które zostały wyrządzone Kościołowi. Czy robił to z przekonania czy z taktyki politycznej - przyszłość oceni. Być może nie chciał otwartej i drastycznej walki, ale pozwalał na przeprowadzenie tak perfidnego planu - usypiania czujności rękami katolików postępowych - i konsekwentnego, stopniowego niszczenia instytucji kościelno- społecznych".

Skojarzenia nasuwają się same. Dziś, w 38 lat od tamtych dni przedstawiciele wolnego przecież narodu, bez nacisku Wielkiego Brata, w Sejmie, odmawiają podpisania Konkordatu, odżegnują się od wartości chrześcijańskich, na które powoływali się w niedalekiej jeszcze przeszłości, domagają się prawa mordu nienarodzonych.
... Rękami Katolików ...
Chodzą do kościoła, mają się za wyznawców Chrystusa, mienią się naszymi rzecznikami. A my? - Słuchamy tego wszystkiego z przerażeniem i oburzeniem. Wstydzimy się za nich przed Bogiem i Ojcem Świętym, który był z nami gdy byliśmy uciskani, więzieni, gdy prawo zamykało nam usta. On za nas wołał do świata! On domagał się sprawiedliwości i wolności dla swego Narodu.
Teraz ten naród mówi Mu : Nie !
Naród? - Nie. Naród się nie zmienił... Tę walkę z Kościołem, teraz już jawną prowadzą te same siły, które czyniły to dawniej, tyle że pod płaszczykiem troski o swobody demokratyczne. Tę lekcję już braliśmy. Zapomnieli o niej liderzy niektórych partii. Czyż Chrystus nie powiedział: "Tyś jest opoka, na tej opoce zbuduję Kościół mój, a bramy piekielne nie zwyciężą go ?"
Były już różne moce i różni mocarze. Gdzież są dzisiaj ?

Maria

Nasz Kościół nr 36 z dnia 31.07.1994

Jak to na misjach bywa.

W dniach od 8 do 10 lipca br. w Warszawie odbywało się spotkanie diecezjalnych animatorów misyjnych.
Oprócz nich do Centrum Formacji Misyjnej przyjechali misjonarze z Konga - ks. Józef Ziobroń i ks. Stanisław Pawłowski a także p. Ewa Gawin z Kamerunu. Wszyscy oni wyszli z diecezji tarnowskiej. Przy ul. Byszewskiej, bo tam właśnie mieści się Centrum - znalazł się również ks. Andrzej Malig, były nasz katecheta i przywiózł z sobą młodzież z Ukrainy, Litwy i Białorusi. Spotkanie przygotowała Dyrekcja Papieskich Dzieł Misyjnych, z Pustkowa zaś zaproszenie otrzymała pisząca te słowa, stąd relacja od bezpośredniego uczestnika.
Trzy dni pełne były modlitwy, informacji niezbędnych dla prowadzenia działalności animacyjnej wszystkich struktur oraz długich rozmów z misjonarzami, którzy przyjechali do Ojczyzny, aby nabrać nowych sił, odpocząć i - znów wyruszyć na bezkresne bezdroża afrykańskie, do ludów nie znających jeszcze Chrystusa, często żyjących w skrajnej nędzy, ginących z chorób.
W takich warunkach pracuje też p. Ewa Gawin, pielęgniarka, dzielna i odważna kobieta. Mówiła : Pracuję w szpitalu, ale nie przypomina on szpitala w pojęciu europejskim. Chorym asystują całe rodziny, lokując się dość wygodnie na łóżkach, a ci, których do lecznicy przywieźli niejednokrotnie znajdują miejsce na podłodze - pod łóżkiem. Wychodząc często zabierają ze sobą materac. To nic, że jest on własnością misji. Jest im potrzebny, więc nie kradną, po prostu - biorą.
Stosunek do białego personelu - różny. Dopóki daje wszystko darmo - jest dobrze, kiedy domaga się zapłaty jakiejkolwiek - choćby w postaci pozamiatania sali - wyrażają niezadowolenie. Mają bardzo rozwinięte poczucie "rozszerzonej rodziny" i żądają na rzecz tej rodziny różnorodnych świadczeń, np. aby łożyć pieniądze na kształcenie ich dzieci, dzielenia się odzieżą i różnymi sprzętami, jakie są im potrzebne. W razie odmowy grozi śmierć.
Pani Ewo - pyta ktoś z sali - co jecie i jak często?
- W tygodniu są to przeważnie kanapki. Obiad jest tylko w niedzielę, bo nie ma czasu gotować. Może to być np. makaron, jeśli wcześniej nie zjedzą go mrówki i karaluchy.
Księża Pawłowski i Ziobroń pokazują przywiezione ze sobą " czarne kamienie". Faktycznie są to wypolerowane tabliczki kości jakiegoś zwierzęcia.
Niejednokrotnie ratowały im życie. Taką tabliczkę wkłada się w ranę powstałą po ugryzieniu np. jadowitego węża. Wcześniej trzeba to miejsce trochę rozciąć.
Tabliczka trzyma się dotąd, dopóki w ranie jest jad. Kiedy zostaje zneutralizowany - tabliczka wypada. Reaguje tylko na trucizny, znajdujące się w ludzkim ciele.
Niestety, jest bardzo droga i niewielu tubylców może sobie na nią pozwolić, więc giną.
A litość - pytam. Jakie mają poczucie litości?
Odpowiada ks. Pawłowski: Na moich oczach działa się rzecz następująca: Do wioski, w której pracowałem przybył człowiek z innego plemienia. Wchodząc w jej obręb - złamał jakieś miejscowe tabu. Natychmiast został zabity maczetą, bez żadnego ostrzeżenia, a ciało jego lżono i poniewierano. Litość - pojęcie nieznane...
Jakże tu więc nauczać o Bogu i jego miłości ?
Jeśli jednak już przyjmą wiarę - jest ona mocna i prawdziwa, choć nie wszystkie zalecenia Kościoła można tam egzekwować.
Ks. Ziobroń opowiada: pogrzebu nie udzieliłem dotąd ani razu, zato śluby i chrzty są, ale ślubu nie dam takiej parze, która nie wykaże się dziećmi - jednym lub dwojgiem. Dlaczego ? - bo jeśliby dzieci nie mieli, według zwyczajów plemiennych takie małżeństwo musi się rozpaść. Po prostu: nie może dalej istnieć.
Pytaliśmy bez końca, a oni odpowiadali. Z tych rozmów wynieśliśmy przekonanie, że :
- cokolwiek robi się na rzecz misji, choćby robiło się sporo - jest to ciągle za mało,
- pieniądze zbierane na misje mają niezmierną wartość, często ratują życie misjonarzy i wiernych,
- misjonarze są tylko ludźmi i bardzo potrzebna im świadomość, że nie są sami, ale towarzyszy im każdego dnia nasza modlitwa, nasze wsparcie.
Dyrekcja Papieskich Dzieł Misyjnych za naszym pośrednictwem serdecznie dziękuje za tę że modlitwę i ofiary pieniężne w imieniu wszystkich misjonarzy.

Maria

Nasz Kościół nr 37 z dnia 14.08.1994

Na świętego Bartłomieja ...

Zbliżał się koniec wakacji. Dni były coraz krótsze, wieczorami lampa naftowa, na polach smutno, mgły i dymy snuły się wokoło, jedyna przyjemność to zbieranie grzybów. Tęskniłyśmy za gwarem wielkomiejskim, do szkoły, do nowych podręczników, do koleżanek. Wtedy nasza babcia mawiała: jedziemy na odpust św. Bartłomieja do Łęk Górnych.
A czym to się wtedy jechało? A no furmanką! Rankiem 23 sierpnia zajeżdżał przed przystanek kolejowy, gdzie mieszkali dziadkowie, sąsiad zza toru, gospodarz z Bródek, właściciel 2 dobrze utrzymanych koni. Woźnica był sympatyczny i bardzo dobrze nam się z nim jechało. Po załadowaniu się domowników oraz dwóch znajomych gimnazjalistów, przy trzaskaniu z bata, ruszaliśmy. Po równinnej drodze jechaliśmy szparko, ale w Dębicy należało zaopatrzyć się w suchy prowiant na trzy dni: u Roztoczyńskiego w pieczywo, a w masarni, w Rynku - w doskonałą wędlinę.
Tuż za Dębicą, w Latoszynie był dłuższy popas, by konie odpoczęły przed trudną drogą do Pilzna, bowiem przed nami był teren górzysty. Okolica była piękna, przyroda niczym nieskażona, powietrze jak kryształ, w oddali wzniesienia Pogórza, w ogóle cudownie. Po wypoczynku koni, należało ruszyć dalej, zaczynały się górki, pod górkę konie nieco stękały, więc nasza babcia mawiała: "starsza młodzież wysiada i idzie piechotą"
Najwyższa góra to Parkosz tuż przed Pilznem, obecnie chyba ścięta do połowy wysokości, wówczas stroma i bardzo żałowałyśmy kiedy z górki zamiast jechać " za darmo" woźnica zakładał łańcuchy na koła, które hamowały pęd wozu.
Ostatni etap to Pilzno. Po przejechaniu mostu na Wisłoce ( brzegi rzeki nie były tak ładne jak w Pustkowie) zatrzymywaliśmy się u rodziny b. kierownika szkoły w Pustkowie. Do Łęk droga raczej równa, konie wypoczęte więc te 8 km przebywaliśmy szybko; przed wieczorem byliśmy na miejscu. Czasem w drodze "łapał" nas deszcz; to też była przygoda; ale w Łękach raczej po deszczu nie było przyjemnie, ziemia gliniasta, teren górzysty, dzieci nierzadko zjeżdżały na tylnych częściach ciała, co przyprawiało naszą Mamę o zdenerwowanie.
Na drugi dzień rano wybieraliśmy się wszyscy tj. goście i gospodarze na uroczystą Mszę Św. z kazaniem do uroczego, drewnianego kościoła pod sędziwymi lipami. Po nabożeństwie należało pochodzić pomiędzy kramami. Z ciekawością trzymając się osób starszych, aby się nie pogubić w tłumie, chodziłyśmy pomiędzy kramami nudząc o to czy o tamto.
Pamiętam serca z piernika różnego formatu, ozdobione kolorowym lukrem, drobne okrągłe ciasteczka ułożone w ruloniki, owinięte w przeraźliwie " gryzącą się" bibułkę niebieską i różową albo nanizane na sznureczek, które można było sobie powiesić na szyi. Właściwie nic nam nie smakowało, bo to było nie do zjedzenia, ale należało kupić coś na odpuście, by nie wracać z pustymi rękami.
Nam, najmłodszym, przymusowo trzeba było kupić "złote" pierścionki z czerwonymi czy niebieskimi oczkami, które tak pięknie, jak nam się wydawało zdobiły nasze małe palce, zegarki, baloniki. Kupowało się wyrabiane z drewna koguciki na deseczce, które rozkładały skrzydła, gdy się je pchało lub kurczątka, które uderzały dzióbkami w deseczkę jak gdyby jedząc ziarno, drewniane wozy drabiniaste, którymi woziło się później trawę, tudzież różnego rodzaju szpargały. Te ostanie drewniane zabawki o ile przetrwały tydzień przed wyjazdem do Lwowa, czekały na nas do następnych wakacji na strychu wśród kufrów, stosu starych pism, książek oraz innych potrzebnych czy niepotrzebnych gratów. O tym przepastnym, jak nam się wtedy wydawało, pachnącym sianem, ziołami, jabłkami i gruszkami strychu, wspomnę innym razem.
Po zakończeniu wszystkich uroczystości dla ducha i dla ciała, po obiedzie, wyruszaliśmy na przechadzkę po pobliskich wzgórzach zwiedzając okolice.
Na trzeci dzień z rana - powrót do Pustkowa. Dziwne, że nie pamiętam ani jednego z powrotów ...

R.J

Nasz Kościół nr 38 z dnia 28.08.1994

Nie sądźcie...

Kiedyś na polskich sztandarach widniał napis: "Bóg, Honor, Ojczyzna". Honor, cześć, dobre imię... W skali wartości - wartość tę umieszczano na drugim miejscu.
Jak bardzo zależy nam na tym, aby bliźni mówili o nas dobrze. Jak bardzo nas boli, kiedy te opinie są złe, niesprawiedliwe, a jednocześnie jak łatwo wydajemy sądy, nie przejmując się czy są one prawdziwe lub - ile szkody mogą wyrządzić drugiemu człowiekowi. Czasami może to kogoś kosztować życie.
W czasie okupacji podejrzenie o współpracę z Gestapo równało się wyrokowi śmierci. W stanie wojennym posądzenie o kolaborację z SB równało się śmierci cywilnej. Zbieg okoliczności, przypadkowo usłyszane zdanie, czyjś sąd wystarczyły, aby od takiego człowieka się odsuwano. Trędowaty. Wiele było krzywd. Znam przypadek, że dziewczyna pomówiona o donosicielstwo do komendantury obozu, zwariowała w ośrodku dla internowanych.
Fałszywy sąd, kłamliwy donos powoduje dramaty rodzinne. "Życzliwy" wie wszystko, wie lepiej, aniżeli sam zainteresowany, co dzieje się w cudzym sercu, w cudzym domu, w cudzym umyśle. A nasze postępowanie jest często wypadkową bardzo skomplikowanych sytuacji, o czym wiemy tylko my. Czasem decyzję o jakiejś sprawie podejmujemy po wielu bezsennych nocach, po rozważeniu różnych okoliczności. Ocena patrzącego z zewnątrz, wbrew pozorom może być krzywdzącą i szkodliwą. Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni - mówi Ewangelia. Pamiętajmy o tym ilekroć mamy ochotę przypiąć komuś etykietkę. Może po jakimś czasie przekonamy się, jak bardzo myliliśmy się. Może ktoś wstrzyma się z sądem i oszczędzi nas...

Maria

Powrót do strony głównej