Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Czwartek, 15 Listopad 2018 - 319 dzień w roku - godz.16:49:14 Tydzień: 46
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 2001  Miesiąc:  7 12  
Grudzień 2001
Nasz Kościół nr 157 z dnia 24.12.2001  
Nasz Kościół
Wydanie INTERNETOWE


Nr 8
(157)

24.12.2001
BOŻE NARODZENIE
Boże Narodzenie

Drżą słowa i ręce - w blasku świec uroczyste skupione twarze, pochylone nad białym opłatkiem. Ileż myśli kłębi się w sercu. Tak właśnie dzisiaj spotyka się miłość. Są z nami obecni, nieobecni. Jak kiedyś przed laty przywołujemy ich twarze, przypominamy słowa.

Czego powinniśmy sobie życzyć w ten wigilijny wieczór?

- By w naszych rodzinach panowała miłość, by życie w naszej wspólnocie było mimo niedostatku znośne, by nikt nie czuł się osamotniony i zapomniany. By miłosierdzie dawało radość, a obdarowani nie czuli się poniżeni.

I by tak, jak w słowach góralskiej pieśni - modlitwy, podejmowanej przed posiłkiem, spełniły się życzenia: "Pobłogosław Panie z wysokiego nieba, aby na tym stole nie zabrakło chleba. Nie zabrakło chleba, nie zabrakło soli, ani tej miłości do naszej matuli. Hej! - do naszej Matuli"

Pogodnych, radosnych Świąt! Pomyślnego Nowego 2002 Roku! życzą redagujący "NK"

Informacje

W dniu - 23 grudnia 2001 r. parafialny oddział Caritas i kapłani naszej parafii zorganizowalo wieczerzę wigilijną dla dzieci korzystające ze świetlicy Caritas, osób samotnych i bezdomnych.

W minionym roku dzięki ofiarności parafian i instytucji z naszego terenu wydano na potrzeby kościoła kwotę ok. 55000 zł w tym:

na remont starego kościółka - 35500 zł,
na chodnik wokół kościoła - 19500 zł.

Kwoty wpłacone przez firmy i osoby prywatne w roku bieżącym na konto parafii - 22 800 zł.

Rodzice dzieci przystępujących w tym roku do l Komunii Świętej wpłacili na konto parafii kwotę 1500 zł.

Z wpłat wnoszonych na wystrój prezbiterium i ołtarzy bocznych, w latach poprzednich, w kwietniu br wydzielono z konta parafialnego i przeniesiono na lokatę terminową, kwotę 6300 zł. Zostanie ona wykorzystana w odpowiednim czasie na wskazany cel.

Z ofiar składanych co miesiąc przez Róże Różańcowe - na potrzeby misji, przekazano do Tarnowa kwotę 3 581 zł.

Wszystkim ofiarodawcom, którzy złożyli ofiary na wymienione cele, a także na wiele innych m.in.; przekazywanych na potrzeby Seminarium tarnowskiego, katolickich uniwersytetów KUL i Wydziału Teologicznego UJ, na powodzian, na potrzeby misji, a także na bieżące utrzymanie kościoła i budynku parafialnego składamy serdeczne podziękowania.

W nadchodzącym roku, o ile będzie to możliwe winny być kontynuowane prace przy układaniu chodnika wokół kościoła. Ponadto konieczne jest przeprowadzenie remontu dachu budynku parafialnego i położenie co najmniej papy termozgrzewalnej. Szacowany koszt pokrycia dachu ok. 10 000 zł. Jest to niezbędne z uwagi na przeciekanie dachu i zalewanie górnych stropów i ścian budynku.

Działalność Caritas w roku 2001
PrzychodyKwotaRozchodykwota
1. wpłaty od osób prywatnych3464,001. Dożywianie dzieci w świetlicy i szkole1731,51
2.Wpłaty od instytucji i firm4600,002. Zakup żywności dla rodzin ubogich3852,70
3. Wpłata z Urzędu Marszałkowskiego2000,003. Zakup leków i sprzętu rehabilitacyjnego1483,84
4. Kwota pozostała z roku 20002000,004. Paczki świąteczne, Mikołaj, Święto Chorych4461,69
  5. Zakup obuwia i odzieży dla dzieci z rodzin ubogich1915,90
  6. Wykup obiadów (1 osoba (IX-XII 2001)374,00
  7. Pomoc dla Ukrainy600,00
  8. Pomoc dla bezdomnych100,00
Razem16064,00Razem14519,64


Pomoc dla powodzian.
  1. Pieniężna w kwocie 2 110 zł - Została przekazana na konto Caritas w Trześni k/Sandomierza.
  2. Rzeczowa - artykuły spożywcze, środki czystości, koce, kołdry, odzież obuwie, pościel, ręczniki przekazano powodzianom z parafii Górzyce i Trześń.

W akcję zbiórki na rzecz powodzian włączyło się ok. 100 ofiarodawców indywidualnych i grupowych z firm.

Dziękujemy za pomoc w roku 2001 i życzymy pomyślności w nadchodzącym roku 2002.

Ze świata starej fotografii...

Na świecie zima, święta Bożego Narodzenia, choinką, a ja? Uparcie o wakacjach, o lecie.

Wakacje trwają, jest chyba ich półmetek. Lipy p miododajnych kwiatach przekwitły. Jest czas zbierania, a raczej podbierania pszczołom owoców ich pracy - miodu, Mąż naszej cioci amatorsko zajmował się w wolnym czasie hodowlą pszczół. Miał parę uli w jednym kącie ogrodu, który omijałyśmy z daleka.

Niestety, nastawa! czas, kiedy w żaden sposób nie mogłyśmy uniknąć spotkania z pszczołami. Na podwórku zjawiało się bowiem urządzenie w kształcie beczki. Na kołowrocie wewnątrz beczki zawieszało się pionowo ramki z plastrami pełnymi miodu, po uprzednim oczywiście zebraniu specjalnym nożem powierzchni zasklepionych woskiem komórek. Po wprawieniu w ruch korbą kołowrotu, ramki wyrzucały z otwartych komórek złocisty, bo lipowy miód, który spływał otworem w dole beczki do podstawionego naczynia.

Przy wyjmowaniu ramek z uli, wujek zakładał na głowę coś w rodzaju siatkowego worka, który chronił go przed żądleniem rozgniewanych pszczół za "kradzież" owoców ich pracy. Pszczelarz był niejako zabezpieczony, ale domownicy, a zwłaszcza dzieciarnia, której wszędzie było pełno, doświadczała na własnej skórze skutków bolesnego ukłucia tych jakże pożytecznych owadów. Może, gdyby przeczuwały, że w miejsce zabranego miodu dostaną na zimę cukier, nie byłyby takie złośliwe.

W czasie miodobrania, najbezpieczniej byłoby nie wychodzić z domu, ale nie sposób było utrzymać dzieci w mieszkaniu, zresztą było to przeżycie dla nas, można by powiedzieć egzotyczne, niecodzienne, więc kręciłyśmy się tu i tam wszystkiego ciekawe. Skutki były opłakane, a zarazem śmieszne; wszystko zależało od tego, gdzie pszczoły zostawiały swoje żądła. Najbardziej narażone i najczulsze na jad pszczeli były twarze. Jedne dostawały potężnych rozmiarów podbródki, inne miały niejednakowej wielkości policzki, jeszcze inne zapuchnięte oczy tak, że tylko szparki z nich pozostawały. Istne karykatury! Było trochę płaczu z bólu własnego, a śmiechu z widoku zniekształconych twarzy rodzeństwa. By obejrzeć zmaltretowaną swoją twarz w lustrze i przyłożyć zimny okład na opuchnięte miejsce biegło się do domu, Tam po chwili ból mijał, usłyszało się jeszcze, że to bardzo zdrowo, że od tego jeszcze nikt nie umarł, więc utulone w żalu i uspokojone wybiegałyśmy z pouczeniem, że aby uniknąć ataków pszczoły, należy stanąć spokojnie, bez ruchu, nie opędzać się i nie machać rękami.

Sami jednak powiedzcie, jak można zachować spokój, gdy słyszy się dookoła siebie nieznośne brzęczenie, nerwy nie wytrzymują i mimo woli ręce wprawione w ruch jeszcze bardziej podniecają owady. No, ale jakoś przeżywało się te miodobrania.

Innym przeżyciem, które również urozmaicało czas wakacji było -"wiśnio - rwanie". W ogrodzie rosły wśród innych drzew owocowych - wiśnie. Pielęgnowane i zasilane nawozami dawały dorodne i liczne owoce. Wiśnie, ze względu na smak i kolor, wyjątkowo nadawały się na najprzeróżniejsze przetwory, jak soki, konfitury, nalewki, jak również do spożycia na bieżąco jako owoce, pierogi, zupy, kompoty. Na ten czas przywożono kilogramy cukru w tzw. "głowach". było to bardzo wygodne opakowanie, gdyż cukier uformowany był w kształcie kilkukilogramowego stożka, który po zdjęciu opakowania i lekkim stuknięciu tasakiem, czy nożem, rozsypywał się w drobne kawałki.

Do rwania wiśni z drabin czy bezpośrednio z drzewa, prócz chłopaków ze wsi, z których niewiele bywało pożytku, największą predyspozycję okazywała najstarsza siostra oraz nieco później pisząca te słowa. Średnie wiekiem siostry nie miały jakoś wielkiej ochoty by wspinać się po drabinach czy drzewach. Drzewa były wysokie, nie jak dziś karłowate; niejednokrotnie drabiny opierały się na drobnych gałązkach prawie prostopadle, tak że trzeba było dużo zręczności i odwagi by sięgać po owoce; jeden niezręczny ruch i można było wylądować z kilkumetrowej wysokości na ziemi. Mama drżała o naszą "całość", ale my nie; miło było spojrzeć z góry na świat, a wypadku nie było.

Oczywiście nie wszystkie wiśnie przeznaczone były na użytek własny; znajomi, ze względu na dorodne owoce, zawsze dużo wcześniej prosili o możliwość ich zakupu; przeważnie dostawali je darmo.

Dzieciarni smakowały wiśnie zasypywane cukrem w dużych słojach, które po jakimś czasie, po odlaniu soku, były przepyszne. Były też słoje, w których wiśnie oprócz cukru zalewane były alkoholem; te nie były przeznaczone dla nieletnich; chociaż czasem zdarzało się po nie sięgnąć, nie smakowały.

Innym urozmaiceniem w czasie wakacji, było kupowanie materiałów i szycie sukienek dla nas i sukien dla starszych wiekiem pań. Po zakupie materiałów zjawiała się u nas krawcowa (w tamtych czasach zwana krawczynią). Była to znajoma naszej cioci bardzo miła i wesoła osoba, lubiła śpiewać, więc jakże pożądany był jej głos do naszego "chóru". Ponieważ chodziło tu bardziej o szycie niż śpiewy więc należało wspólnie wybrać z prenumerowanego przez ciocię tygodnika "Kobieta w świecie i w domu" fasony sukienek, bluzeczek i innych kobiecych fatałaszków.

Mężczyźni bowiem w tym sfeminizowanym towarzystwie prawie się nie liczyli. No i zaczynało się szycie; my fruwałyśmy jak zwykle po polach, lasach i rzece, a nazywana przez wszystkich p. Mania mierzyła, przykrawała i turkocząc na maszynie szyła i nuciła piosenki; Lubiłyśmy wspólne wieczory, p. Mania nocowała u nas. Więc wieczorami odbywały się przy harmonii wspólne "koncerty".

Siostry na wakacjach w Pustkowie

Siostry na wakacjach w Pustkowie

Zjawiał się również od czasu do czasu znajomy fotograf, który uwieczniał rodzinę na zdjęciach. Nie lubiłam wówczas pozować do fotografii. Gdy tylko wyczułam nosem, że będą robione zdjęcia, uciekałam, kryłam się w jakiś kątach, gdzie trudno mnie było znaleźć. Zachowała się jedna fotografia, gdzie i ja - odnaleziona w sukience nie pierwszej świeżości (nie pozwoliłam się przebrać) "doprowadzona" zostałam do babki siedzącej na czele rodzinki, która mnie trzyma przy sobie. I tak z miną rzekłabym skazańca, przymuszona siłą, uwieczniona zostałam na wspólnym zdjęciu. Miałam trudny charakterek, jak wypomina mi moja starsza siostra. Chyba po kimś go odziedziczyłam; na tym zdjęciu brak mojego dziadka, może też nie lubił być fotografowanym? Moje starsze siostry natomiast pozowały niezwykle wdzięcznie.

Powoli zbliża się koniec wakacji; już rzeka nie ciągnie, już po żniwach i kopki zwiezione do stodół, w polach pusto, już wcześniejsze wieczory spędzane przy lampach naftowych, już zaczynamy tęsknić za Lwowem, szkołą, gwarem ulicznym, książkami. Często wtedy uciekałyśmy na strych, dokąd trzeba było wejść po drabinie, pchnąć plecami poziome drzwi i z drabiny wejść na podłogę strychu. Strych - jak strych na wsi - pachnie sianem, przeszłością, tam można było usiąść na jakimś starym, niepotrzebnym gracie, wyczuć nosem zapach gruszek, soczystych, słodkich, dorodnych ber leżących w sianie; zerwane zielone, jeszcze niedojrzałe, nabierały soku i słodyczy. O, jaki miały smak!

Autorka artykułu z mamą na ulicach Lwowa

Autorka artykułu z mamą
na ulicach Lwowa

Równie dobrze, ale inaczej smakowały małe gruszki, dziczki, tzw. "ulęgałki", które również w sianie dojrzewały. Nie wiem, chyba już nigdzie nie rosną przy drogach i miedzach wysokie, rozłożyste, potężne, dzikie grusze, które rodziły drobne owoce. Zbierane przez dzieci, smakowały niczym wyszukane zamorskie owoce. Miały smak dzieciństwa... Rosła taka jedna grusza na wzniesieniu, blisko przystanku kolejowego w Pustkowie wsi, gdzie dziś stoi kościół p.w. św. Józefa Robotnika.

Gdy przymknę oczy, widzę ją w pamięci, wysoką, rozłożystą, szumiącą liśćmi, potężną, a tak przyjazną w dzieciństwie...

Wracam na strych; tam pogryzając gruszki, przeglądałyśmy stare książki, kalendarze, roczniki czasopism o tytułach: "Kobieta w świecie i w domu", "Rola" i inne. W "Roli czytałyśmy tylko humorystyczne felietony pisane gwarą - dla mężczyzn pt. "Maciek Bzdura gada", a dla kobiet natomiast gadała "Kaśka Myrdalonka"

Jak to jest? - tyle się przeczytało różnych książek, przerzuciło tyle interesujących czasopism i gazet i tak mało pozostało w pamięci, a te z dzieciństwa zapamiętałam do dziś...

R.J.

Powrót do strony głównej