Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES ZWYKŁY Poniedziałek, 16 Lipiec 2018 - 197 dzień w roku - godz.16:24:39 Tydzień: 29
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 1999  Miesiąc:  1 2 3 4 6 7 11 12  
Grudzień 1999
Nasz Kościół nr 150 z dnia 25.12.1999  
Nasz Kościół
Wydanie INTERNETOWE


Nr 3
(150)

25.12.1999
BOŻE NARODZENIE

Ja się na to narodziłem i na to przyszedlem na świat, aby dać świadectwo prawdziwe

Jezus z Nazaretu
Informacje

W roku 1999 na Papieskie Dzieło Rozkrzewiania Wiary różańcowe róże misyjne złożyły 2 594,30 zł.
W poszczególnych miesiącach były to kwoty:
- Styczeń - 259,30 zł, luty-228 zł, marzec - 269 zł, maj - 278 zł, czerwiec-257,50 zł, lipiec- 214,50 zł, sierpień - 219,50 zł, - wrzesień 30 zł (G. Śmierci), październik - 272 zł, - listopad - 312 zł, grudzień - 254,50 zł.
Wszystkie te pieniądze zostały przekazane na Diecezjalne Dzieło Misyjne w Tarnowie. W Kurii Diecezjalnej zostały one podzielone: połowę odesłano do Warszawy na PDRW, a połowę otrzymali misjonarze, pochodzący z diecezji tarnowskiej, pracujący w Afryce, Ameryce i Europie.
Wszystkim ofiarodawcom serdeczne "Bóg zapłać". Często bowiem na te pieniądze liczono i często pomagały one przetrwać placówkom misyjnym.

(M.W)

Sprawozdanie z działalności POC
PrzychodyKwotaRozchodykwota
1. wpłaty od osób prywatnych4500,001. świetlica Caritas zakupy art-żywnośc.800,00
2. wpłaty od instytucji i firm9641,962. obiady dla dzieci i dorosłych2000,00
3. sprzedaż ziół1090,503. realizacja recept i leczenie1600,00
4. sprzedaż baranków wielkanocnych472,124. pomoc bezdomnym312,00
5. sprzedaż flag162,005. zapomogi2100,00
  6. zakup zeszytów i przyborów szkolnych370,00
  7. paczki świąteczne, "Mikołaj" Dz. dziecka"4699,17
  8. wypoczynek wakacyjny1 500,00
  9. zakup obuwia1431,96
Razem15866,58Razem14813,13

CARITAS W imieniu naszych podopiecznych dziękujemy wszystkim, którzy w jakiejkolwiek formie okazali nam wsparcie. Dziękujemy osobom prywatnym i instytucjom, a także wolontariuszom pracującym w naszym oddziale za ofiarowaną pomoc i czas, za okazaną w ten sposób miłość i solidarność wobec potrzebujących.

Informujemy, że w miesiącu maju i czerwcu 2000 r organizowane będą w Domu Rekolekcyjnym w Ciężkowicach 5-dniowe rekolekcje dla chorych. Potrzebni będą również opiekunowie do chorych. Chętni mogą się zgłaszać do końca stycznia 2000 r.
Rada Caritas

Wydatki poniesione w roku 1999 i prace wykonane przy kościele

1.  Oświetlenie strychu, wyjście na strych, przejście do dzwonnicy, wyłożenie pomieszczenia dzwonnicy deskami  3400 zł
2.Prace uzupełniające w części sanitarnej dolnego kościoła    700 zł
3.Konstrukcja zamocowania dzwonów i ich zawieszenie12815 zł
4.Zainstalowanie elektronicznego napędu dzwonów  7500 zł
5.Przebudowa schodów  7027 zł
6.Granit na schody z transportem31750 zł
7.Prace kamieniarskie przy schodach  4100 zł
8.Koszenie trawy na cmentarzu    160 zł
RAZEM67452 zł

Ponadto ze składek zbieranych na tacę w miesiącach zimowych wydano na ogrzewanie kościoła kwotę 8622 zł (miesiące I, II, III i X, XI br).

Aktualne saldo rachunku założonego przez rodziców dzieci I-komunijnych, z przeznaczeniem na wystrój ołtarzy wynosi 5892,60 zł (kwota z odsetkami).

Wszystkie wymienione prace mogły być wykonane dzięki ofiarom składanym przez parafian, a także dzięki pomocy materialnej i innej otrzymanej od instytucji i zakładów pracy. Wiele prac remontowych, porządkowych i innych zostało wykonane bezinteresownie przez parafian. Za tę pomoc i ofiary pieniężne składamy wszystkim serdeczna "Bóg zapłać".

W roku bieżącym w związku z uroczystościami na Górze Śmierci, poprzedzającymi obchody roku 2000 zostały wykonane przez Urząd Gminy schody, pamiątkowe tablice, renowacja pomnika, a także dodatkowy parking od strony wejścia na Górę Śmierci.
Żołnierze Jednostki Wojskowej z Dębicy uporządkowali teren Góry Śmierci.
Za te prace dziękujemy Wójtowi Gminy Dębica i Jednostce Wojskowe) z Dębicy. Pozostaną one w pamięci jako pamiątka czasów, w których żyjemy.

Wiele pracy, wysiłku i zaangażowania - każdego dnia; przy ołtarzu, w szkole, wśród chorych, w sytuacjach trudnych, wymagających wsparcia duchowego wnieśli nasi kapłani, a szczególnie ks. Proboszcz. U progu Trzeciego Tysiąclecia, w którym obchodzić będziemy 30 rocznicę powstania naszej parafii dziękujemy za to wszystko.

Ofiary złożone przez parafian na potrzeby kościoła w roku 1999:

 Kwota w zł Kwota w zł
Budy2250Bloki: 
Zastawie1680381050
Rudki238039510
Dąbrówka111040880
Wieloncza187041860
Krownice, Kochanówka30042710
Brzeźnica8043640
  44980
Os. Brzeźnica 453400
Kołowrotnia, Słoneczna12520491130
Mieszk.od Góry Śmierci 501080
  51770
Stare Osiedle3500521310
Bloki: 531170
27640543400
29100552530
3570563040
36100572730
373320582690
  ofiary indywidualne4000
  RAZEM62800
Moje wojenne lata

"Dnia pierwszego września roku pamiętnego wróg napadł na Polskę z kraju sąsiedniego", to słowa piosenki z pierwszego po wojnie filmu pt. "Zakazane piosenki".

W tym roku minęła 60-ta rocznica napaści Niemiec na Polskę, co stało się początkiem okrutnej i długiej II wojny światowej. Pozbawiła ona życia milionów istot ludzkich, domowy majątków, ojczyzny.

Modlimy się słowami"... od powietrza, głodu, ognia i wojny wybaw nas Panie!" Nie oszczędzone nam zostały wszystkie te klęski. Smutne refleksje nasuwają się same, gdy wspomnę beztroskie dzieciństwo w niepodległej po 120 latach niewoli Polsce w przeuroczym rodzinnym Lwowie.

Wyjeżdżając na wakacje w czerwcu 1939 r. nie przypuszczałam, że będą to już ostatnie moje wakacje w życiu i że już nie będę mieszkać we Lwowie. Najpierw rozdzieliła nas tymczasowa granica pomiędzy Generalnym Gubernatorstwem a Związkiem Radzieckim, a po roku 1945 już na stałe oderwanie wschodnich ziem od Polski. Potem zaczęło się przesiedlanie Polaków na tzw. Ziemie Odzyskane, a Niemców do NRD. Jak Polacy tak i Niemcy stali się wygnańcami, pozbawionymi swoich domów, ziemi, ojczyzn. I tu nasuwa się uporczywe pytanie czy Niemcy kupując ziemie na zachodzie Polski nie pokuszą się w przyszłości na zajęcie ich jako swoich, własnych, niemieckich?, a Polacy na Ukrainę, Białoruś czy Litwę już nie wrócą.

Tyle wstępu, bo miałam pisać o czym innym.

Nauka w 1939 roku miała się rozpocząć 4 września, a w dzień wyjazdu do Lwowa 1 września rozpoczęła się wojna. Pociągi od pierwszego dnia zaczęły jeździć wg wojennego rozkładu jazdy, na które należało posiadać przepustki,; w naszym przypadku od starosty dębickiego. Na piechotę udałam się z młodszą siostrą do Dębicy, przepustkę na przejazd do Lwowa uzyskałam (mam ją na pamiątkę), ale nasza babcia orzekła stanowczo, że nas nie puści - pociągi były już bombardowane, nie będzie brała przed mamą odpowiedzialności. I tak zostałyśmy w Pustkowie, jak się okazało - na stałe.

Przez całe dwa lata byłyśmy rozłączone z Mamai siostrą, która prosto z obozu harcerskiego na granicy z Rumunią powróciła do Lwowa, dzięki czemu Mama nie była osamotniona.

Jak wiadomo, w Pustkowie zaczęto w 1936r w ramach Centralnego Okręgu Przemysłowego budować zakłady chemiczno-zbrojeniowe "Lignoza". Budowa oddziałów produkcyjnych i całego zaplecza postępowała szybko naprzód (już w 1939r. rozpoczęto produkcję); równocześnie budowano osiedle mieszkaniowe dla sprowadzonych ze Śląska fachowców; robotników niewykwalifikowanych dostarczały okoliczne wioski.

Przed wojną wybudowane zostały w ramach osiedla mieszkaniowego: willa dla dyrektora, 5 budynków l-rodzinnych dla inżynierów, 7 budynków 2-rodzinnych dla urzędników, 2 budynki 4-rodzinne dla mistrzów, 2 bloki 12-rodzinne dla robotników kwalifikowanych, hotel dla gości przyjezdnych oraz kaplica.

Już w pierwszy dzień wojny nastąpiły bombardowania zakładów, byli ranni, 3-ch zabitych. Mówiono, że wśród fachowców ze Śląska byli zdrajcy, którzy naprowadzali samoloty bombardujące zakłady.

Po zakończeniu działań wojennych Niemcy już w grudniu 1939r. postanowili jak najbliżej wschodniej granicy utworzyć poligon wojsk SS mając na uwadze przyszłą wojnę ze Związkiem Radzieckim. Poligon o nazwie SS Truppenubungsplatz "Heidelager" co w tłumaczeniu brzmi; Plac ćwiczeń wojsk SS "Obóz puszczański", obejmował szereg wsi od Pustkowa aż po Kolbuszowę. Rozpoczął się natychmiast demontaż urządzeń produkcyjnych i wywóz do Niemiec, wysiedlanie byłych pracowników i ich rodzin z osiedla.

Szczegóły odnośnie organizowania poligonu w Pustkowie nie są tematem moich wspomnień; dokładne opisy zawarte są w książce Stanisława Zabierowskiego pt. "Pustków - Hitlerowskie Obozy Wyniszczeń w służbie poligonu SS".

Po wyjaśnieniu jak doszło do budowy poligonu niejako na gruzach "Lignozy" pragnę podzielić się ż czytelnikami wyjaśnieniem jaki związek łączył mnie przez okres półtora roku z obozem w Pustkowie.

Wojna trwała już 3 lata: należało gdzieś zacząć pracować by po pierwsze nie wyjechać na przymusowe roboty do Niemiec (co mi kilkakrotnie groziło); po drugie - zarobić na jakie takie odzienie, po trzecie - by otrzymać talony tzw Bezugscheiny na obuwie, materiały, które umożliwiały zakupy po cenie urzędowej, a nie na tzw. "pasku". Stare, przedwojenne raczej szkolne ubrania, zwłaszcza obuwie były już nie do noszenia ( po letnich sukienkach, sandałkach, w których przyjechałyśmy na wakacje pozostały już tylko wspomnienia).

Mąż mojej najstarszej siostry, przed wojną zatrudniony w Junackich Hufcach Pracy w stopniu odpowiadającym randze kapitana, razem z siostrą po 1,5 miesięcznej tułaczce, cały czas w drodze - samochodem póki była benzyna, pieszo, furmanka pomiędzy Niemcami a Sowietami przybyli 17-go października 1939 r. z kolegą szwagra furmanką do. dziadków. Brudni, zapchleni, szwagier w łapciach (oficerki zostawi gdzieś w drodze: dom w Pyzdrach (poznańskie), w którym mieszkali, spłonął, doszczętnie z całym ich dobytkiem.

I tak wyszliśmy z wojny, którą później nazwano "kampanią wrześniową" goli i bosi ale z całymi głowami. Przytułek znaleźliśmy w obszernym domu naszych dziadków. Szwagier z konieczności "bawił się" początkowo w szewca robiąc buty na drewnie z kiepskim pożytkiem. Wierzch stanowiły naszej cioci filcowe kapelusze, które w czasie wojny stanowiły tylko relikty przeszłości, a przybite do drewna rwały się do tego stopnia tak, że np. do kościoła w Brzeźnicy, szło się elegancko w drewniaczkach, a z kościoła z drewniaczkami w rękach.

Moja praca w komendanturze czyli w cywilnym zarządzie obozem polegała początkowo na maszynopisaniu, chociaż na dzień przed podjęciem tej pracy zasiadłam pierwszy raz w życiu do maszyny, by chociaż mieć jakie takie pojęcie o tej pracy. Jakoś poszło, bo okazało się, że pisanie w języku niemieckim ( nauka w gimnazjum tego języka " nie poszła w las") zwłaszcza na maszynie, jest łatwiejsze niż po polsku, stwarza to chyba odpowiedni układ liter, zresztą nasz język jest dużo trudniejszy w wymowie, pisowni, gramatyce. Moi szefowie np. mieli wielkie trudności z moim nazwiskiem ( za dużo "ź, c" -jak mówili) i po prostu nazywali mnie Henryką.

Jadąc na ślub siostry do Lwowa miałam tylko 2 dni urlopu. Ale w jaki sposób można było zdążyć na czas do pracy, skoro pociąg wlókł się prawie 10 godzin w jedną stronę, a po przepustkę na dworcu we Lwowie na pociąg stało się pół dnia. Po przedłużonym samowolnie urlopie o 2 dni mając "duszę na ramieniu" udałam się do szefa komendantury Hauptsturmführera SS nazwiskiem Gruppe by wytłumaczyć się z przewinienia. Ten spojrzał na mnie groźnie, pokazał na własnych rękach złożonych jakby w kajdankach mówiąc: wiesz Henryka co robimy z tymi co nie wracają na czas do pracy? Po chwili na moje tłumaczenia, machnąwszy ręką, kazał wrócić do pracy, na co mój bezpośredni szef dobroduszny Bawarczyk choć SS-man zareagował uśmiechem na mój widok nie zakutą w kajdankach.

Praca moja po przeniesieniu do biura meldunkowego polegała na prowadzeniu rejestracji, meldunków Polaków zamieszkałych w obrębie całego poligonu i wyrabianiem dowodów osobistych (Kennkarte) a szef mój trudnił się odciskaniem palców petentów na tychże dowodach. Było mi przykro, że prawie połowa ludzi nie umiała się nawet podpisać, stawiając na kenkartach krzyżyki.

Nasze biura mieściły się w baraku usytuowanym tuż przy tylnym wyjściu z budynku administracyjnego po prawej stronie bramy wejściowej. Tu - po raz drugi okazywało się legitymacje z fotografią (Ausweiss); pierwszy raz - przy wejściu na teren obozu tuż za przejazdem kolejowym na Kochanówce.

W baraku mieściły się biura zatrudnienia, zaopatrzenia, meldunkowego, rachuby i in. W każdym z nich oprócz szefów, przeważnie SS-manów (było też kilku cywilów) pracowały młode dziewczyny; była wśród nas osoba nieco starsza, hrabina Jaworska wysiedlona ze swego majątku w poznańskiem, zamieszkała z rodziną w Pilźnie, do której dojeżdżała raz w tygodniu. Do niej "nasi" Niemcy odnosili się z kurtuazją przez Frau Grofin; mąż jej przebywał w oflagu. Ona to wysoka szczupła kobieta mówiąca świetnie po niemiecku, nauczyła mnie zbierać i jadać kanie, których w lesie wokół baraku było wówczas mnóstwo. Widząc je z okna biura, nie fatygując się do wyjścia drzwiami, przekładała zgrabnie swoje długie nogi przez parapet, zbierała grzyby i wracała ta samą drogą. Było to oczywiście w przerwie obiadowej, kiedy naszych szefów nie było w biurze. My same po naszym obiedzie zbierałyśmy się:, przeważnie w moim biurze by sobie pogawędzić. Potem dołączali do nas szefowie (nie wszyscy) by posłuchać o czym mówimy, tym bardziej, że jedna z nas doskonale władająca niemieckim ze swadą i dowcipnie przeplatając słowa polskie i niemieckie "bawiła" mieszane towarzystwo, cóż - uśmiechać się też czasem trzeba było.

Wśród naszych szefów byli i tacy, którzy biegle władali polskim językiem i nosili polskie nazwiska, jak Paczkowski, Sojka, Cerecki. Ten ostatni chwalił się, że jego nazwisko wywodzi się od greckiej bogini płodności Ceres. Był przed wojną nauczycielem w łodzi, po polsku mówił pięknym literackim językiem, po wygranej wojnie z Polska "przechrzcił" się na Ceretzke i został SS-manem.

W przerwie obiadowej chodziło się do kuchni, gdzie "urzędował" przedwojenny urzędnik "Lignozy" (córka jego pracowała z nami); dawano nam w ciężkich niby to porcelanowych misach z napisem SS-Reich - zupy, w których był pęcak, ziemniaki lub soczewica, czasem pływał w nim kawałek czegoś podobnego do mięsa, do tego razowy chleb z plastrem sera nieco lepiej lub mniej zgliwiałego, czarną kawę zbożową, jeżeli gorzką to do chleba nieco marmolady z japońskich wiśni (sprowadzone przez Niemców rozmnożyły się w naszych lasach), jeżeli słodzona sacharyną - to sam chleb.

Pracowaliśmy od 7 do 18 z półtoragodzinną przerwą.

Na terenie przedwojennego zakładu podczas okupacji budynki fabryczne wykorzystywane były na wszelkiego rodzaju pracownie usługowe potrzebne dla samowystarczalności obozu dla wojska, rodzin wojskowych oraz niemieckich pracowników cywilnych. Nawet mnie się raz udało skorzystać z nielegalnych usług zatrudnionej w szwalni Polki, gdy wreszcie otrzymałam talon (Bezugschein) na zakup materiału po urzędowych cenach.

Ponieważ nasi szefowie wyjeżdżali w teren bardzo rozległy i do tego na rowerach, ja - mając pod opieką potrzebną do dowodów osobistych i innych dokumentów okrągłą pieczęć, pozwalałam sobie na podrabianie bardzo łatwego podpisu naszego głównego szefa nazwiskiem Gruppe na pewnych dokumentach potrzebnych petentom - Polakom oczywiście - jak przepustki, zaświadczenia i mnę Nie wiem jak skończyłaby się dla mnie ta "zabawa", gdyby odkryto podrobiony podpis wyższego rangą oficera SS. Widocznie podpisy były tak dobrze podrabiane, że trzeba by było grafologa, który stwierdziłby podróbkę. A że się tak nie stało, więc mi się "upiekło" jak z przedłużonym urlopem.

Nie wszystkim się udawało: W Poniedziałek Wielkanocny 1944 r., po przyjściu do pracy ( Niemcy nie uznawali drugiego dnia świąt) dowiadujemy się, że nasz kasjer wypłacający nasze liche pobory dobry cichy chłopak nazwiskiem Pietrzyk z Niwisk (imienia nie pamiętam) został w Wielką Sobotę rozstrzelany, a jedna z naszych koleżanek w więzieniu. Po cichu łączono te dwa przypadki, ale jak było kto to wiedział? Na jej miejsce przyjęto Volksdeutzkę o nazwisku Sochatz, chyba z polska pisała się Sochacz. Tamtą po kilku tygodniach wypuścili z więzienia z brakiem 2 zębów. I jeszcze drugi przypadek może miał jakieś powiązania: pewnego dnia, chyba to było w maju, wyprowadzam swój rower by udać się do pracy, a tu szosą suną w pośpiechu dwaj bracia Lipińscy z Dębicy (ich siostra pracowała z nami) na rowerach w stronę Dąbia, z kołnierzami podniesionymi do góry w czapkach nasuniętych na oczy, nie patrząc ani w lewo ani w prawo. Zastanowiło mnie dlaczego nie jadą do pracy lecz w przeciwnym kierunku (też byli zatrudnieni w obozie). Po kilku dniach dowiedzieliśmy się, że bracia naszej koleżanki po prostu zniknęli z domu uciekając przed aresztowaniem.

Zimy były dla mnie szczególnie ciężkie, jakby na złość ludziom biednym, mroźne i śnieżne. Pamiętam Żydów obdartych i głodnych odśnieżających gościniec, jeździło się jakby tunelami do 2 m wysokości. Dojeżdżałam z Pustkowa wsi gościńcem do przejazdu kolejowego w Kochanówce i dalej szosą do mego miejsca pracy. Moim wysłużonym rowerem ciężko dysząc zwłaszcza w porze zimowej i ciemnościach dojeżdżałam przez półtora roku do pracy. Mama przed moim wyjazdem podgrzewała mi nad lampą karbidową łyk mleka by zupełnie na czczo w te mrozy, zawieje, śniegi nie udawać się w drogę. Nie było elektryczności, gazu nawet nafty do lampy nie było gdzie i za co kupić.

I w ten sposób byłam na dobrej drodze by nabawić się choroby płuc, gdyby pewnego czerwcowego dnia 1944 r. nie zaczęli się "nasi" panowie w pośpiechu pakować, zacierać ślady swoich zbrodni i wyjeżdżać w popłochu. Przestałam pracować, był front i wojska radzieckie, które po swojemu zaczęły gospodarować na opuszczonym poligonie, w czym "dzielnie pomagała" tutejsza ludność, szabrując i "kupując" za butelkę samogonu od żołnierzy radzieckich co się dało.

Patrzyliśmy jak wożono meble, dywany, naczynia, pościel itd. Niemcy przecież sprowadzali swoje rodziny, które tu żyły w luksusie i spokojnie jak "u Pana Boga za piecem" z nadzieją, że na stałe. Ale, jak wiadomo, na tym świecie niczego stałego nie ma, to i my musiałyśmy się pożegnać z nadzieją powrotu do polskiego Lwowa.

R.J.

Powrót do strony głównej