Not seeing a Scroll to Top Button? Go to our FAQ page for more info. NASZ KOŚCIÓŁ -
Parfia Rzymskokatolicka w Pustkowie Osiedlu
OKRES WIELKANOCNY Piątek, 24 Maj 2019 - 144 dzień w roku - godz.19:15:18 Tydzień: 21
1994 1995 1996 1997 1998 1999 2000 2001 2002 2003 2009 2010 2011 2012 2013 2014 2016 2017 2018  
NASZ KOŚCIÓŁ - ROK 2010 : 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12  
Nasz Kościół - nr 205  -  Kwiecień 2010   
Z nieludzkiej ziemi...
Związek Sybiraków
Wywózka dzieci na Sybir
Do Ciebie mówię Wielki Tułaczu!
Żeś jest szczęściarzem - boś przeżył.
Żeś jest szczęściarzem - boś się pogodził.
A teraz wołaj głośno do Boga,
Żeby nam tego nigdy nie wrócił.

Elżbieta Leopold


           ZSRR - miejsca zsyłki Polaków

Ojciec tak puchł z głodu, że prosiliśmy za nim u dyrektora. Dostał 1 litr mleka. Jednak Tatuś zawsze jadł na końcu. Był bardzo wycieńczany z głodu i od ciężkiej pracy. Musieliśmy zostawić zgromadzone zapasy na zimę, wzięliśmy tylko tyle ile można było unieść i powędrowaliśmy do miasta Bijska, znów do p. Skrzypkowej. Cała zimę jeszcze czekaliśmy. Pracowałam w kołchozie w mieście, gdzie wywoziłam obornik, o siostra Wanda wyrzucała go spod bydła. To było pokazowe gospodarstwo tego samego sowchozu Paliwodka, gdzie na wsi bydło masowo zdychało. Siostra uprosiła dozorcę, aby mogła udoić litr mleka od krów co miały cielęta oraz litr dla niego. Nosiła to mleko schowane w rękawie przez całe miasto w wielkim strachu.

Koleżanka Nina powiedziała, że jest ogłoszenie, że można pojechać do sąsiedniego sowchozu, gdzie jest wiele hektarów buraków do czyszczenia i za miesiąc można otrzymać 30 kg zboża. Zgodziłyśmy się z Mamą i pojechałyśmy. Był tam ogromny dom stojący pośrodku pola. Chleb ważył kaleka bez nóg, który wrócił z frontu. Codziennie rano gotowano grochówkę i dostawaliśmy kromkę chleba, a wieczorem jedliśmy słonecznik.

Przyszedł czas, że miałyśmy wracać z powrotem, ale byłyśmy strasznie słabe. Oni dali nam po 30 kg żyta, ale jak to udźwignąć. Dwie stacje nas podwieźli, ale jak potem podnieść te worki na wagon. Mama wzięła ostatnia miseczkę i chodziła i prosiła, aby dostać 3-4 ziemniaki za tę miseczkę. Nikt nie chciał jednak tej miseczki. Czekałyśmy 3 dni na stacji. Raz konduktorka pyta co tam mamy, Mama zaczęła ją błagać i przysięgała, że pierwszy upieczony chleb jej przyniesie. Ona uwierzyła i nam pomogła. Potem ktoś na taczkach z pociągu zawiózł nam zboże do domu. Dowiedziałam się kiedy jedzie pociąg i zaniosłam chleb tamtej Rosjance, która nam pomogła.

Mieszkaliśmy dalej u p. Skrzypkowej w ziemiance. Wróciłam do wożenia obornika. Żadnego obiadu nie dostawaliśmy. Kosztowało się trawy, która była słodka. Najwięcej jadło się lebiody. No i był jeszcze ten litr kradzionego mleka na pięć osób. Aby sobie ulżyć zaprzęgałam woła do wózka. On się jednak przewracał, bo bydło żywiono odpadami z gorzelni. Pracowałam od szóstej rano do dziesiątej wieczór.

   Prawdziwa szansa na poprawę losu Polaków pojawiła się dopiero po niemieckim ataku na ZSRR Układ Sikorski-Majski, zawarty w Londynie 30 lipca 1941 roku, przywracający stosunki dyplomatyczne pomiędzy Polską a ZSRR, dał zesłańcom olbrzymią nadzieję, która ziściła się poprzez wydanie dekretu Prezydium Rady Najwyższej ZSRR z 12 sierpnia 1941 roku, w którym obywatelom polskim, pozbawionym wolności na terenie Związku Radzieckiego udzielono „amnestii”.

  Do kategorii „amnestionowanych” - oprócz więźniów, łagierników, jeńców wojennych, internowanych - zaliczali się również deportowani. Informacja o dekrecie i wiążącej się z nim możliwości swobodnej zmiany miejsca osiedlenia nie bez trudu przedostawała się do Polaków na rozległych terytoriach ZSRR.

   Często blokowano widomości o tworzeniu się wojska polskiego w okolicach Kujbyszewa i Saratowa, na początku 1942 roku przeniesionego do południowych republik azjatyckich. Jednak ostatecznie tysiące Polaków rozpoczęło masowe przemieszczanie się w pobliże ośrodków formowania armii Andersa.
   Syberia to kraina nieujarzmiona do dzisiaj. Jak trudno jest tam przetrwać opisuje w swojej książce współczesny podróżnik - J. Pałkiewicz. Czytając ją moja wyobraźnia wplatała się w opisy przeżyć polskich zesłańców. Ale trudno jest sobie wyobrazić życie w tych warunkach... To cud, że wielu Polakom udało się wrócić z tej katorgi do Ojczyzny.

   Dziękuję Pani Zofii Hamalowej za serdeczne spotkania, opowieści o swoich przeżyciach jeszcze jako bardzo młodej wówczas, dziewczyny. Patrząc na pogodną twarz Pani Żofii myślę, że tylko Pan Bóg leczy takie zranienia i uzdatnia do przebaczenia.

Szczęść Boże!
Zofia

W sowchozie owce dostawały świerzb i wypadała im wówczas wełna. Siostra Wanda ją przynosiła. Mama przędła, a ja zaczęłam uczyć się robić na drutach, które Tatuś zrobił w kuźni. Pierwsze skarpety nie miały pięty, ale doszłam metodą prób jak należy to robić. Każdemu zrobiłam po sweterku oraz chustę jak kapa do przykrywania się.

Doczekaliśmy się wreszcie wyjazdu w lutym 1946 r. Przenieśliśmy się do wagonów, oczywiście bydlęcych, które na ten czas stały się naszym domem do momentu aż dołączyli do nas inni Polacy. Teraz nie były one plombowane. Ojciec brał sagan i szukał pożywienia. Przechodził pod wagonami myśląc, że w stołówce coś dostanie. Nie było to bezpieczne, bo można było zginąć pod kołami. Na drogę dostaliśmy jeszcze z tamtego sowchozu „Paliwodka” dokumenty. Chociaż to było uczciwe, bo często blokowano wiadomość o możliwości wyjazdu.

Każda rodzina dostała na cały przewóz pół worka chleba i amerykańskie maleńkie konserwy, które dzieliłam po łyżeczce. Gdzie było jakieś duże miasto, to nas wszystkich pędzili do kąpania. Kobiety, mężczyźni i dzieci, wszyscy razem. W łaźni była duża ława przez środek sali i takie miseczki i kraniki. Każdy siedział na ławie i się mył. Była też parzarnia, aby wyparzyć sobie wszy z odzieży. Z głów nie można było wytępić wszy, bo nie było środków.

Dojeżdżaliśmy do Zamościa, do granicy Polski. Wszyscy polecieli do kościoła. Myśmy stali na polu, bo było dużo ludzi. Boże, jak nas wojsko polskie witało! Orkiestra nam grała w tych dużych miastach. Pojechaliśmy do Wrocławia już polskimi wagonami. Też były towarowe. Było to 6 marca 1946 roku. Ktoś z władzy komunistycznej mówił, że parę groszy na pierwszy rzut dostaniemy; nie na urządzenie tylko na chleb. Pierwszy raz Ojciec przyniósł 5 chlebków i każdy dostał po jednym dla siebie. Kupił też od Niemki stary koc, żeby było się czym przykryć. Ojciec szukał domu. Pojechał nawet do Opola, ale tam już były gospodarstwa pozajmowane rok wcześniej przez Polaków wracających ze wschodu. Naradzili się z Mamą, że pojedziemy do Dębicy. Tata miał tutaj dwie siostry i brata.

Pamiętam jak stanęłam w kościele św. Jadwigi i zemdlałam. Pielęgniarki i siostry zakonne wyniosły mnie stamtąd. Ten kościół niewiele się zmienił. Ludzie byli jednak bardziej pobożni. Bardzo dużo się śpiewało. Zamieszkaliśmy u siostry Taty, ciotki Gusty, za gimnazjum na ulicy Lipowej.

Szukaliśmy wszędzie pracy. Ciotka miała sklep masarski. Poszłam do niej sprzedawać. Było to w okolicy ulicy Wąskiej. Siostra Wanda poszła do wuja paść bydło za utrzymanie. Pracowała tam 2 lata. Była zadowolona. Potem siostra zachorowała z tych przeżyć syberyjskich.

Byliśmy biedni. Jak przyszli chłopaki to na zabawę poszliśmy, przeważnie do szkoły mechanicznej, ale jak zobaczyli tę naszą biedę, to przestawali do nas przychodzić. Ciotka miała jakiś amerykański specyfik i dopiero wtedy pozbyłyśmy się wszy. Ciotka miała też amerykański spadochron, biały materiał w zielone groszki. Poszyła nam kloszowe spódnice. Za resztę tego materiału załatwiła, aby Tatuś został przyjęty do pracy do Zakładu w Pustkowie. Przypilnowała też, aby Tatuś poszedł do spowiedzi. Z Dębicy pamiętam księdza Deca.

Obraz Jezusa

Obraz Pana Jezusa Ukoronowanego był u mnie, ale przed śmiercią Mama prosiła, aby przywieźć go do Krakowa. Mówiła, że on nas wszystkich uratował. Została sama głowa Pana Jezusa, bo cały obraz zgnił jeszcze w Dźwinicy.

W Pustkowie były 4 baraki koło kina. Postawione przez Polaków przed wojną, bo jak fabryką uruchamiano to potrzebowano fachowców z zawodem. Tam też zamieszkał Tatuś. Później robotników przeniesiono do starego hotelu, a my wreszcie zamieszkaliśmy z Tatusiem. Znaleźliśmy żelazne łóżka po Rosjanach. Po odpluskwieniu nadawały się do spania.

Siostry obie poszły do szkoły, Wanda do szkoły hotelarskiej w Wiśle, a Irena do handlówki w Dębicy. Ten czerwony budynek koło gimnazjum. Ja pracowałam na Zakładzie, ale dopiero po kursach dostałam stałą pracę. Wynagrodzenia nie starczało, ale Mama była strasznie zaradna i chowała kury i króliki w szopie. Z sierści angorów robiłam szaliki i woziłam do sklepu do Tarnowa. Siostra pracowała w sklepie odzieżowym w Dębicy, jednak choroba się pogłębiała. Siostra Irena wyszła za mąż, a Wanda zamieszkała ze mną. Po śmierci mamy, siostry zamieszkały razem i żyją obecnie w Krakowie.

Swojego męża Stanisława spotkałam w pracy. Pobraliśmy się w 1953 r, i razem przeżyliśmy 47 lat w małżeństwie. Zmarł 10 lat temu po nagłej chorobie, nigdy poprzednio nie chorując. Zostałam sama. Mam jednak wspaniałe siostrzenice, które dbają o mnie.

Wspomnienia spisała Zofia

Hymn Sybiraków

Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,
Z rezydencji, białych dworków i chat
Myśmy wciąż do Niepodległej szli,
szli z uporem, ponad dwieście lat.

Wydłużyli drogę carscy kaci,
Przez Syberię wiódł najkrótszy szlak
I w kajdanach szli Konfederaci
Mogiłami znacząc polski trakt...

Z Insurekcji Kościuszkowskiej, z powstań dwóch,
Szkół, barykad Warszawy i Łodzi:
Konradowski unosił się duch
I nam w marszu do Polski przewodził.

A myśmy szli i szli - dziesiątkowani!
Przez tajgę, stepy - plątaniną dróg!
A myśmy szli i szli - niepokonani!
Aż "Cud nad Wisłą" darował nam Bóg!

Z miast kresowych, wschodnich osad i wsi,
Szkół, urzędów, kamienic, i chat:
Myśmy znów do Niepodległej szli,
Jak z zaboru, sprzed dwudziestu lat.

Bo od września, od siedemnastego,
Dłuższą drogą znów szedł każdy z nas:
Przez lód spod bieguna północnego,
Przez Łubiankę, przez Katyński Las!

Na nieludzkiej ziemi znowu polski trakt
Wyznaczyły bezimienne krzyże...
Nie zatrzymał nas czerwony kat,
Bo przed nami Polska - coraz bliżej!

I myśmy szli i szli - dziesiątkowani!
Choć zdradą pragnął nas podzielić wróg...
I przez Ludową przeszliśmy - niepokonani
Aż Wolną Polskę raczył wrócić Bóg!!!

Marian Jonkajtys
Powrót do strony głównej